Pewnego wieczora Mytrofan zachorował, przez co sam majster pozostał w piekarni na noc, by przypilnować pracy. Kazał mi, abym go obudził, gdy już wszystko gotowe będzie do pieca. Po przygotowaniu wszystkiego obudziłem go. Za chwilę stanął na miejscu Mytrofana przy piecu. Tymczasem miałem zrobić jeszcze jedno ciasto. W tym celu udałem się po sól. Nagle wzrok mój padł na żelazne łóżko, gdzie spał majster, a szatańska myśl jak błyskawica przemknęła mi przez głowę.

„Tam pod poduszką leży kamizelka z portfelem, zapewne zapomniał ją włożyć na siebie, korzystaj więc z okazji. On i tak twojemu ojcu zbankrutował cztery tysiące rubli. Bierz, to twoje jest”.

Sekunda wahania i jak zahipnotyzowany zbliżyłem się do łóżka i, sięgnąwszy pod poduszkę, wyciągnąłem kamizelkę. Serce uderzyło mi gwałtownie. Drżącymi rękoma wyciągnąłem portfel. Następnie z przegródki wyjąłem prędkim ruchem umiarkowanej grubości pakiecik pięciorublówek. Byłem przezorny, by od razu nie rzuciło się w oczy schudnięcie portfela. Potem z powrotem ułożyłem portfel na swoim miejscu.

Trzeba tu wiedzieć, że w roku 1915 portfele właścicieli piekarń tyły z dnia na dzień. Wróciłem. Czeladnicy byli zajęci podawaniem do pieca. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Schowałem najpierw zdobycz w pewnym miejscu i zabrałem się do mieszania ciasta. Myślałem, co też będzie z tego, czy on pozna schudnięcie portfela? Starałem się sobie teraz uprzytomnić dokładnie grubość i wygląd portfela przed i po kradzieży. O ile budziły się po dokonaniu tej kradzieży jakiekolwiek wyrzuty sumienia, to tylko jedynie dlatego, że wyrzucałem sobie, że może za gruby pakiecik wyciągnąłem, przez co może się połapać...

Po zrobieniu ciasta uważnie śledziłem każdy jego ruch. Wiedziałem, że dopiero nad ranem się ubiera, by pójść do domu. Pragnąłem, aby ta niepewność jak najprędzej się skończyła. Myślałem też i o tym, czy by lepiej nie było ukraść całego portfela i zupełnie się stąd ulotnić, jednakże rozsądek zwyciężył chciwość.

Nareszcie doczekałem się, że majster nas pożegnał. Odetchnąłem z ulgą. Pięciorublówki, pomyślałem, są teraz moje.

Minęło kilka dni. Zdobytych pieniędzy nie śmiałem jeszcze wyciągnąć z ukrycia. Zdawało mi się, że jestem śledzony. Gdy ktoś z domowników przemówił do mnie lub spojrzał tylko na mnie, zdawało mi się, że inaczej na mnie patrzy niż do tego czasu i starając się omijać ich wzrok, chodziłem jakby nieprzytomny. Zdawało mi się też, że majster i jego żona doskonale o tym wiedzą, jednakże nie pytają mnie o nic.

„Coś źle musi tu być ze mną — pomyślałem. — Oni z pewnością dobrze wiedzą, że to ja ukradłem, tylko ze względu na ojca nie chcą mi robić wstydu...” Ta niepewność tak mnie zaczęła dręczyć, że czułem, iż tak dalej być nie może i że dłużej tu nie wytrzymam. Postanowiłem temu koniec położyć.

Wieczorem niepostrzeżenie zbliżyłem się do tego miejsca, gdzie ukryłem ów pakiecik i włożyłem rękę do kryjówki. Co to? — nic nie mogę namacać. Serce zaczęło mocniej pukać. Nachyliłem się cały, zaglądając między stosy ułożonych worków mąki, gdzie pod samym spodem schowałem pieniądze, nie było tam nic. Nie dowierzałem jeszcze sobie, począłem odstawiać kilka worków mąki, nie patrząc na to, że ktoś może mnie tu zastać.

Wszystko było daremne, tam już nic nie było. Teraz to już zupełnie zgłupiałem i zaraz na drugi dzień pożegnałem majstra pod pozorem, że czuję się chory i jadę do domu.