Do dziś dnia nie wiem tego, czy majster z kryjówki zabrał mi pieniądze, czy też ktoś z robotników podpatrzył mnie. Dość na tym, że nigdy o tym się nie dowiedziałem. Może też być, że i szczury mi figla wystroiły, bo tych żarłoków było tam dość sporo. Nie pojechałem jednak do domu, gdyż na drugi dzień po moim zwolnieniu się Niemcy zaczęli szturmować miasto.
Rosjanie teraz w popłochu ustępowali. W centrum miasta granaty i szrapnele pękały po dachach, a mieszkańcy chowali się do piwnic domów.
Rodziny żydowskie skupiały się w piwnicach domów, gotując się do obrony portfeli i cnoty młodych Żydówek. Rozniosła się wieść, że kozacy będą rabować po mieście, a wiadomo przecież, że kozacy czuli słabość do kieszeni żydowskiej i do młodych Żydówek.
Po trzydniowym oblężeniu miasto wzięte zostało przez Niemców i rano byłem jednym z tych, co wylegli na ulicę, by przypatrzyć się Niemcom. Zdziwiło mnie to bardzo, że Żydzi witają ich jak zbawców i bohaterów, rozmawiając z nimi po żydowsku. Niektóre młode Żydówki, patrząc na Niemców, uśmiechały się tajemniczo i zapraszały gościnnie do mieszkania.
Co do mnie, przyznam szczerze, że wywarli oni na mnie bardzo ujemne wrażenie. Nie mogłem zrozumieć tego, że Rosjanie, którzy mają tyle zwinnych kozaków, dali się wykurzyć stąd takim brzuchaczom.
Po obiedzie tegoż dnia miałem sposobność własnymi oczyma oglądać prawdziwy plac boju. Niemcy łapali na ulicy ludzi mniej przyzwoicie ubranych, między którymi i ja się znalazłem. Zawieźli nas na miejsce boju i kazali zbierać na przestrzeni kilku wiorst na kupy wszystkie mordercze narzędzia i trupy. Strasznego uczucia doznałem na widok poszarpanych ciał ludzkich i sinych, nabrzmiałych trupów, leżących jeden koło drugiego. Więc tak wygląda prawdziwa wojna. Dreszcze zgrozy mnie przejęły i postanowiłem w duchu nigdy już nie wojować.
Od tego dnia stałem się zatwardziałym wrogiem jakichkolwiek bądź wojen. Nawet postanowiłem stąd zaraz uciekać, by na to nie patrzeć. Niemcy zaś zauważyli moją chęć ucieczki, dali za mną kilka strzałów. Na szczęście chybili. Opuściłem to straszne miejsce ze wstrętem i narażeniem życia.
XXXVII
Niemcy zaraz kilka dni po zajęciu miasta Ł. opieczętowali piekarnie i spisali zapas mąki. Braci piekarskiej groziło bezrobocie. Jak wpierw słyszałem skargi, że za dużo roboty od nich wymagają, tak teraz wielu spotkanych przeze mnie robotników skarżyło się, że wymówiono im pracę i źle im się zaczyna dziać. Pewnego dnia po bezcelowym wałęsaniu się po mieście zaszedłem do pewnej kawiarenki, która jeszcze parę dni temu na tej ulicy nie istniała.
Kawiarenki jak grzyby po deszczu pojawiały się wraz z Niemcami. Każda powabna i lekkomyślna Żydówka czuła się w obowiązku założyć podobny interes. Były to przeważnie kawiarenki, że tak się wyrażę, zbudowane na „kurzej łapce”. Parę stolików, kilka krzeseł, bufet, a na talerzu kilka ciastek obłożonych żywymi muchami, parę tafli czekolady, garnek kawy, tylko nie mokka, torebka żółtego cukru, która też się pojawiła wraz z „Vaterlandem”, zamknięta w szufladzie razem z niemieckimi fenigami, to wszystko i łóżko żelazne w bocznym pokoju do podejrzanego użytku, ono dopełniało całości.