Tworzyły się też kawiarenki w rodzaju spółki akcyjnej. Właśnie do tej kawiarenki, co wszedłem, należały trzy młode wspólniczki: dwie młode Żydówki, a jedna Rosjanka. Przyjęty tam zostałem bardzo życzliwie przez wszystkie trzy. Nic dziwnego, interes był nowy, chciały sobie zdobyć klientelę. Obejrzałem się ciekawie, a jedno tylko spojrzenie wystarczyło mi, by ocenić, do jakiego celu powstała ta kawiarenka.

Kazałem sobie podać szklankę kawy i dwa ciastka bez much. Zanim ugotowano na prymusie kawę, musiałem czekać pół godziny. Wszystko tu było można dostać na zamówienie świeże. Rosjanka zabawiała mnie rozmową, sama mi się przedstawiła, że się nazywa Marysia i jest córką rosyjskiego pułkownika, że z powodu wojny przymuszona była założyć taki marny interes. Była też, jak mi opowiadała, i siostrą miłosierdzia. Jak się zaś później dowiedziałem, była ona faktycznie parę dni siostrą miłosierdzia, a także była i córką, jednakże nie pułkownika, tylko stróża tamtejszego cmentarza prawosławnego. Sama mi się później do tego przyznała. Przedstawiła się za córkę pułkownika jedynie dlatego, by mieć powodzenie. Pokazała mi też kilka zdjęć, na które się powoływała, mówiąc, że to jest jej rodzina. Na jednym ze zdjęć stała obok starego rozpustnika, który był w mundurze pułkownika, rzekomo ojca, na innej ona i dwóch oficerów, których przedstawiła jako braci. Sama śmiała się z naiwności Niemców, że z powodu tych fotografii ubiegali się o jej względy jeden przez drugiego.

Z towarzyszek zaś jej jedna była zawodową służącą „do wszystkiego”, druga uciekinierką z jakiejś wsi. Marysia była postawną, może dwudziestoletnią kokotką i bardzo mi się podobała. Więc też nic dziwnego, że po wypiciu szklanki kawy rozmawialiśmy już jak starzy znajomi, po czym poszliśmy na dyskretną pogawędkę do pokoju, gdzie stały skromne łóżeczka panieńskie.

Gdy stamtąd wyszedłem, Żydówki patrzyły na mnie z wyrzutem. Zapewne uznały zasadę „swój do swego”. Ale cóż robić, stało się. Prosiły mnie też, bym był częstym gościem, co też przyrzekłem. Zapewniały, że u nich bywa każdy szanujący się człowiek. Między mną a piękną Marysią nawiązała się pewna nić sympatii, od tego dnia zacząłem ją często odwiedzać.

Tam to w tej kawiarence zapoznałem się z kilkoma „kawalerami nocy”, ale nie w przednim gatunku, po bliższej zaś znajomości z nimi zapoznałem się też z hersztem.

Ciągnęło mnie znów do dawnego życia. Jeszcze z większym zapałem rzuciłem się w to życie, chcąc swoim zwolennikom zaimponować znajomością fachu. Na pierwszy ogień poszedł pewien znany kupiec, u którego była służącą dawna kochanka jednego z moich znajomych. Ona to nadała robotę kochankowi, a ten musiał mi ją przedstawić, bym mógł osobiście ją wybadać. Doszedłem też do przekonania, że ona prawdę mówi i o ile nam się uda, będzie to niezły zarobek. Wspólnik mój, którym był sam herszt, już dawno o tym wiedział.

Jednakże nie zdecydował się tam udać. Nie znał bowiem żadnej techniki złodziejskiej oprócz noża i szabra, i to podobnego do stróżowskiego łomu. Wiedział o tym, że oni tam nic nie poradzą, gdy zaś opowiedziałem o moich dawnych sprawkach, obiecał mi ślepe posłuszeństwo.

Na drugi dzień po obejrzeniu interesu pokazałem mu przybory porobione u ślusarza według mojego modelu i dokończone przeze mnie osobiście. Nie mógł się mnie nachwalić.

Punktualnie o dwunastej w nocy wyszliśmy z tej kawiarni razem ze wspólnikiem, by się tam udać. Marysia od razu domyśliła się, kim jestem i jawnie się mną zajęła, chełpiąc się tym, że jestem jej kochankiem.

Może kilka minut przed udaniem się na wyprawę prosiła mnie, abym, gdy nam się robota uda, kupił jej futerko. Co prawda zrobiłem głupią minę, jakbym jej zupełnie nie zrozumiał, co niby ma mi się udać, wszakże pamiętam słowo „Cwajnosa”, by wystrzegać się kobiet. Ta była na tyle chytra, że nic nie odpowiedziała na moje zdziwienie. Pogroziła mi tylko filuternie palcem i pocałowała w czoło.