Stanęliśmy na miejscu. W oknach pomieszczenia kupca paliło się jeszcze światło. Znaczyło to, że nie wszyscy tam już śpią. Odeszliśmy, by za pół godziny znów powrócić.
Było już po godzinie pierwszej, gdy przybyliśmy po raz drugi i wielce się zdziwiłem, gdyż w wielu jeszcze oknach paliło się światło.
— Olek! Co ty na to? — zagadnąłem wspólnika, który znał rozkład tych pokoi.
— Nie wiem, co to może być. Poprzednio paliło się w pokoju sypialnym, a teraz i w jadalnym.
— Może gości mają — zagadnąłem go — ale o tej porze?
Wtem ujrzeliśmy jakiś cień zza rolet, przesuwający się tam i z powrotem. Pomyślałem, że pewno jakiś bal lub zaręczyny urządzili i zacząłem go na nowo wypytywać o stosunki rodzinne kupca. Z odpowiedzi jego nic nie mogłem wywnioskować.
— Olek, może ktoś ich ostrzegł?
— Coś ty, wariat, tym bardziej dla pozoru nic nie daliby po sobie poznać.
— Więc co to może być?
Byłem zły sam na siebie z doznanego zawodu w swoich planach, gdyż już myślałem o tym, jak Marysia się ucieszy, gdy jej zrobię jutro prezent, a tu masz tobie, jakby na złość. Tu znów pomyślałem, że to dla mnie niepomyślnie, jak ja mam wrócić do Marysi z próżnymi rękoma i po raz pierwszy okazać się przed kochanką niedołężny? Co robić? Krążyłem koło tego domu, aż zaczęło dnieć, a tam ktoś całą noc czuwał. Więc dopiero nad ranem wróciłem z niczym.