Olek pocieszał mnie:
— Trudno — mówił. — Jak dziś się nie udało, jutro na pewno się uda, bo będą tam spać jak zabici.
Wysłałem rano Olka na zwiady koło tego domu. Dowiedziałem się, że żona kupca tej nocy wyprawiała Niemcom wieczorek. Zadowolony byłem z tego powodu, może więcej niż sam kupiec, gdyż przeczuwałem z doświadczenia, że dziś tam będą spać jak zabici, więc tym bardziej nam się przyda.
Dnia tego nie pokazywałem się Marysi, wspólnik mi mówił, że dowiadywała się o mnie i że jest bardzo zasmucona z tego powodu. Cały dzień niecierpliwiłem się, by już jak najprędzej przyszła północ i aby pokazać Olkowi, co ja potrafię.
Tym razem udałem się z Olkiem już o jedenastej, było tam jeszcze światło. Czekaliśmy w ukryciu może pół godziny, wszędzie zgaszone światło, tylko w sypialnym pokoju paliło się jeszcze. Pewno nocna lampka. Zaczekaliśmy jeszcze godzinę i następnie ostrożnie zbliżyłem się do roboty. Otworzyłem furtkę bramy wytrychem, po czym zamknąłem i weszliśmy na podwórze. Olek zajął pozycję przy jednym oknie, które miałem otworzyć ze środka. Następnie wyszedłem na korytarz i nasłuchiwałem przy drzwiach.
Zupełna cisza tu panowała, tak że nawet odróżniłem tykanie ściennego zegara ze środka. Żaden szelest się tu nie dał słyszeć. Cisza i ciemność ośmieliły mnie, drżącymi rękoma zacząłem majstrować przy zamku. Jakoś mi nie szło, nerwowo palcami przebierałem po omacku w przyniesionych przeze mnie wytrychach. Obawiałem się zaświecić, by nie zwrócić na siebie czasami czyjejś uwagi. Kroplisty pot zalewał mi twarz pomimo chłodniej jesiennej nocy. Wytrych żaden jakby się nie nadawał.
Zajrzałem jeszcze raz przez dziurkę od klucza, by się przekonać, czy tu czasem zamka nie zmieniono. Byłem pewny, że któryś z tych wytrychów musi otworzyć, jednak nie mogłem zauważyć który, znów więc kolejno zacząłem próbować jeden po drugim. Nareszcie cicho coś zgrzytnęło, a drzwi się otworzyły.
Odetchnąłem z ulgą, zatrzymałem się na chwilę, po czym upewniwszy się, że nie ma żadnej przyczyny się obawiać, próbowałem drzwi szeroko otworzyć, tu jednak doznałem rozczarowania, ze środka był tam jeszcze założony łańcuch. Potrzebne więc były nożyce.
Myślałem o tym już w domu i chciałem zabrać nożyce ze sobą, tylko przez zapomnienie nie zabrałem. Przymknąłem więc drzwi i wyszedłem zmartwiony do wspólnika. Ten, niecierpliwiąc się, że tak długo nie dawałem znać o sobie, zbliżył się prędko do mnie. Powiedziałem mu, co jest.
Wielce się zdziwiłem, gdy on bez słowa podał mi małego rozmiaru nożyce do przecięcia żelaza, to jest łańcucha. Wziąłem je również bez słowa. Nie było tu czasu na pytania i za chwilę znów uchyliłem trochę drzwi. Nożyce zgrzytnęły, a drzwi były zupełnie otwarte.