Przeszukałem jeszcze w kilku pokojach, w szafach i komodach, wszędzie tam panowało bogactwo. W jednym z pokoi natknąłem się na łóżko, gdzie spała jakaś kobieta. Gospodarowałem po wszystkich pokojach, a było ich z dziesięć. Oprócz biżuterii i pieniędzy innych rzeczy nie tknąłem.
Tylko na widok kilku futer nie mogłem się powstrzymać, by którego nie zabrać dla Marysi. Po namyśle zaś dałem spokój i tak obładowany bogatym łupem wyniosłem się pełen otuchy w przyszłość...
Sam nie mógłbym wytłumaczyć, co się ze mną teraz stało. Zapomniałem zupełnie o poprawie, którą sobie przyrzekłem, kiedy to wziąłem się do pracy.
Przystąpiłem teraz do występnego życia z takim zapałem, jakbym chciał dogonić ten czas, co przepracowałem w piekarni. Dla spokoju sumienia wmawiałem sobie, że przecież teraz i tak pracy nigdzie nie ma. Piekarnie po większej części są pozamykane. Nawet powoli wyzbyłem się też wstydu, wcale się z tym nie kryłem, że teraz mam różnych znajomych nieodpowiednich dla mnie. Nieraz spacerowałem w towarzystwie wesołych kompanów i koleżanek, znanych tu na bruku ze złego prowadzenia się. Bawiło mnie, gdy zauważyłem nieraz, jak różni znajomi ojca pokazywali sobie mnie palcami i kiwali smutnie głowami w moją stronę.
Nic też dziwnego, że policja tamtejsza, która wówczas przeważnie składała się z Żydów, wzięła mnie na oko. Jednakże niewiele się tym krępowałem, wiedząc z doświadczenia, że mając pieniądze wszystko da się zrobić, a do tego z żydowską policją...
Po dokonaniu tej śmiałej kradzieży policja stanęła na nogach. Podobna kradzież nieczęsto się tu zdarzała. A gdy nawet taki wypadek miał miejsce, policja przypisywała go zawsze warszawiakom. Mówili, że przyjechali tu na gościnne występy!
Prowincjonalna policja ma już taki zwyczaj, by zaspokoić opinię publiczności. Policja aresztowała na prawo i lewo naturalnie takich, którzy kiedykolwiek siedzieli choćby trzy dni w kozie. Czułem, że i ja jestem tu śledzony. Co prawda, Marysia mnie o tym ostrzegła. Mieszkałem z Marysią w czteropokojowym, pięknie umeblowanym mieszkaniu. Ze spółki ona już dawno wystąpiła. Zrozumiałem też, że źle robię, że wpierw czy później, gdy tak będę hulał, to się wydam i wpadnę w ręce policji. Marysia zaś żartem mówiła do mnie: „Pamiętaj, że Rosjanie ze sobą żadnego więzienia nie zabrali i że jeszcze istnieją”. Postanowiłem więc być ostrożny.
Po upływie miesiąca od tej roboty dowiedziałem się, że rodzina znajduje się już w domu i że wszyscy Żydzi z miasta powrócili. Mając przy sobie wielką sumę pieniędzy i będąc wyposażony w ubiór, postanowiłem wrócić na jakiś czas do domu, póki tu wszystko nie ucichnie.
Pewnego dnia, nic nie mówiąc nawet kochance, bo ta nie wiedziała, skąd pochodzę, pojechałem do rodzinnego miasta.
W miasteczku panował ruch, gdyż Niemcy zaczęli tam budować szosę i most nad Narwią, który Rosjanie zniszczyli. Ojciec przyjął mnie jak zawsze chłodno.