Żal mi się go zrobiło, zestarzał się, nieznacznie przygarbił. Ojciec mój całą duszą nienawidził wojny, która go zrujnowała. A tym bardziej nie znosił Niemców, którzy go do reszty zrujnowali. Ojciec, patrząc na moje pierścienie na palcach, smutno uśmiechnął się. Ja, biorąc ten uśmiech za dobrą monetę, pomyślałem, że trzeba spróbować szczęścia i go przekupić. Oddam mu niby to na przechowanie pewną sumę pieniędzy. Na drugi dzień po moim przybyciu zaproponowałem ojcu, że o ile potrzebuje pieniędzy, mogę mu pożyczyć. Ojciec drgnął, popatrzył na mnie długą chwilę i odparł zapytaniem:
— Komu te pieniądze zginęły? Ja nie chcę ciebie znać i twych pieniędzy, wynoś mi się, złodzieju, razem z nimi.
Próbowałem mu opowiedzieć całą historię, żem wygrał to w karty, ale ojciec nie chciał słuchać, tylko machnął ręką i kazał mi się jak najprędzej wynosić z domu. Jak nie, groził, to każe mnie aresztować.
Znając charakter ojca, wiedziałem, że to może zrobić, więc dla pewności pochowałem prędko w pewnym miejscu pieniądze i postanowiłem jeszcze na razie pozostać w domu.
Żydzi w miasteczku przyjęli mnie tym razem bardziej życzliwie niż ojciec. Zwąchali, że mam pieniądze. Co dnia zgłaszali się do mnie po pożyczkę, dając mi lekko do zrozumienia, że co to człowiek nie robi podczas wojny dla pieniędzy. Nawet cnotliwa Sara, sąsiadka, uśmiechnęła się do mnie.
Tak minęły dwa tygodnie. W domu naszym kwaterował główny inżynier od budowli mostu. Kantyna oficerska też mieściła się w naszym domu. Porobiłem też znajomości, przyjmując posadę jako prowadzący transport. Do mojego obowiązku należało dawać baczenie na podwody140, którymi dwa lub trzy razy na tydzień jechało się do stacji kolejowej przy samej granicy niemieckiej. Woziłem stamtąd różne materiały do budowania mostu.
Okoliczni chłopi, gnani bez tchu do podwodów, byli ze mnie, jako tłumacza, bardzo zadowoleni. Byłem pomocnikiem kierownika transportu, którym był Niemiec. Umiałem im dużo ulżyć, trzymając stronę chłopów, a nie Niemców. Posadę tę przyjąłem, by ojciec widział, że jestem chętny do pracy. Ciężko nie pracowałem, zawsze byłem w drodze, więc spodobało mi się to bardzo. Po drugie, w moim umyśle, z powodu bywania na granicy, już kiełkowały różne nowe pomysły. Więc udawałem, że teraz chętnie pracuję. Wynagrodzenia brałem trzy marki dziennie i dwa pięćdziesiąt dodatku w drogę.
Transportowałem też raz lokomotywę do tartaku, który Niemcy wystawili. Transport odbywał się w bardzo trudnych warunkach. Od samej stacji na przestrzeni pięciu mil po śliskiej szosie, po całej drodze trzeba było sypać piasek, później cztery mile znów było błoto do kolan, transport trwał przeszło tydzień, a mróz przy końcu puścił zupełnie. Tylko dzięki mnie otrzymali dwie zmiany po dwadzieścia i kilka koni aż do samego miasteczka. Chłopi byli ze mnie tak zadowoleni, że zaczęli mi znosić masło i jaja, których ze względu na ojca, którego dobrze znali, nie mogłem przyjąć.
Nieraz zauważyłem, że furman ma chęć przywłaszczyć sobie żelazo lub stal, które przychodziło wagonami, patrzyłem zawsze na to przez palce, a nieraz nawet sam im pomogłem coś świsnąć. Chłopi strasznie bali się Niemców, a zarazem nienawidzili ich.
Byłem raz świadkiem takiego zajścia: mój zwierzchnik wyrwał bicz z ręki chłopa i bił go za to, że ten nie chciał jechać prędzej po błotnistej drodze, by nie męczyć koni, już i tak zmarnowanych. Chłop rzucił się tak gwałtownie na Niemca i tak go pobił, że ten stracił przytomność.