Nie lubiłem tego człowieka, jednak gdy widziałem, że ma już dosyć, a chłop się nie opamiętał, rozłączyłem ich. Chłop ten, gdyby Niemca zabił, na pewno stanąłby pod sąd wojenny. I tak o mało co go nie skazali na kilka lat więzienia. Tylko dzięki mnie dostał dwa miesiące więzienia, gdyż nauczyłem go, jak się ma tłumaczyć. Ja jeden, choć sąd na mnie liczył, że byłem po stronie Niemca, zeznałem prawdę i to było właśnie na niekorzyść Niemca. Dzięki też temu dzielnemu chłopu pozbyłem się na razie znienawidzonego zwierzchnika, który po tym zajściu już stale chorował. Miejsce jego zajął człowiek bardzo wyrozumiały i porządny, a nazywał się Schneider.
*
Nastał rok 1916, żegnano stary rok, który opłakiwały tysiące matek sierot. Chyba żaden rok z ubiegłego i bieżącego stulecia nie obfitował w tyle wypadków i nie przysporzył ludziom tylu łez i cierpień co ten stary piętnasty rok.
Widzę, że znów zabieram się do filozofowania... Ale tym razem stanowczo powstrzymam się i będę opowiadał tylko o dalszych wypadkach, które będą wyglądać na nieprawdopodobne, a jednak w moim życiu miejsce miały.
Nie będę się też rozpisywał o szczegółach mojej służby u Niemców i co przez ten czas uczyniłem dobrego lub też złego. Dość, że powiem sam, iż nigdy nie było mi przeznaczone długo wytrwać na jednym miejscu. Należałem do tych nieszczęśliwców, których los prowadzi za sobą, a nigdy nie mają wyraźnego celu przed sobą.
Będąc często na granicy niemieckiej, postanowiłem udać się w podróż. Zapragnąłem jechać do Niemiec tym bardziej, że nasłuchałem się dawniej dużo od „Cwajnosa”, że tam można kraść na całego. Postanowiłem więc dać gościnny występ w samym Vaterlandzie141.
Tu, w domu, nienawidzili mnie jeszcze bardziej. Sam nie wiem, skąd po miasteczku roznosiła się wieść, że widziano mnie, jak zajadałem z moim poczciwym Schneiderem prawdziwą szynkę. Przyznam się teraz, że pogłoska ta była prawdziwa.
Nowinę tę, wołającą o pomstę do nieba, podawali sobie Żydzi z ust do ust. Stare Żydówki o tym głośno mówiły, wspominając moją matkę i żałując jej, iż będąc tak nabożną, wychowała takiego zwyrodniałego syna. Chasydzi, patrząc na mnie, kiwali smutnie brodami, zapewniając jeden drugiego, że się zadławię. Ja natomiast kpiłem sobie z różnych przesądów i postanowiłem raz na zawsze pożegnać rodzinne strony.
Mając pieniądze, nie martwiłem się zbytnio, a dnia siedemnastego lutego 1916 roku, z pomocą i za poradą Schneidera, wyjechałem z domu bez pożegnania i bez określonego celu do Niemiec. Nigdy nawet w myślach nie przypuszczałem tego, że sam dążę szybkim krokiem ku przepaści, z której się już nigdy nie wydobędę. Popełnione przeze mnie przestępstwa, do tego czasu bezkarnie, domagały się teraz o swoje prawo. „Grzech zawsze mści się”. Sam szedłem po tej drodze, gdzie bym mógł otrzymać zasłużoną karę...