— A ty co tu robisz? Jak tobie wolno, dlaczego mnie nie wolno?

— Ja, ja jestem mężczyzną, a ty... zastanów się i opowiedz mi, w jaki sposób aż tu się znalazłaś?

Liza, zła, stała teraz w pozycji tygrysicy, której chcą odebrać dziecię. Myślałem, że rzuci się na mnie. Przez cały czas, blisko dwa miesiące, co mnie znała, widziała mnie zawsze uległym, więc myślała, że i teraz nade mną zapanuje, a gdy zobaczyła moją gniewną postawę, nie śmiała już nic mówić, tylko wzroku swojego od nas nie odwróciła.

Belka przyszła do siebie i prosiła, bym się z nią przespacerował, a na ulicy to ona mi wszystko o sobie powie. Zgodziłem się, pomimo protestu Lizy, która obawiała się, że wyrwę ofiarę z jej rąk, a zarazem widziała w niej groźną rywalkę dla siebie. Stanowczo zabraniała mi wyjść z nią, jednak nie usłuchałem i oboje wyszliśmy na ulicę.

Na ulicy przytuliła się do mnie z całym zaufaniem, znaliśmy się od dziecka i wiedziała, że ja jej żadnej krzywdy nie uczynię. Był to już koniec października i zauważyłem, że jak na zimę jest nieodpowiednio ubrana i że trzęsie się z zimna. Szliśmy tak aż do ulicy Okopowej bez słowa. Oboje na pewno myśleliśmy o tym, że w ładny sposób spotkaliśmy się i że oboje mamy się co wstydzić.

Pierwszy znów odezwałem się:

— Belka, powiedz mi o sobie, chcę wszystko wiedzieć i dopomogę tobie we wszystkim, co tylko będzie w mojej mocy. Powiedz, w jaki sposób ty trafiłaś aż do tego domu i dlaczego chowałaś się przede mną. Skąd wiedziałaś, że tu jestem?

Ociągała się dłuższą chwilę z odpowiedzią i nareszcie zaczęła cichym, ledwie dosłyszalnym głosem opowiadać o sobie.

— Za późno już, by mnie uratować — rzekła. — Już teraz mi nic nie grozi.

Tu uśmiechnęła się do mnie smutno, a ten jej uśmiech dopowiedział mi wszystko...