— Zaraz, jak wojna wybuchła — ciągnęła w zamyśleniu — umarł mi ojciec, zostało nas sześcioro dzieci, matka też zaczęła chorować. Ja, jako najstarsza, musiałam wszystkimi się opiekować. Później nas wygnano z miasteczka, a mnie gwałtem porwał oficer, który twierdził, że się we mnie zakochał. Trzymał mnie dwa tygodnie, później wyjechał na front, nie pożegnawszy się nawet ze mną. Co miałam robić? Wróciłam do Białegostoku, gdzie odnalazłam rodzinę, przyjęto mnie jednak tam tak, jak ciebie twój ojciec przyjmował, gdy wróciłeś do domu z więzienia. Długo też tam nie wytrzymałam i wyniosłam się, byłam tu i tam. Z początku nie mogłam się przyzwyczaić do tego życia. Ale teraz mi obojętne. W Warszawie jestem już dłuższy czas. Byłam w kilku miejscach, wszędzie wykorzystano mnie. Wszystko zabierała „gospodyni”, a ja mam tylko to, co na mnie widzisz — uśmiechnęła się gorzko. — Dwa dni temu poznałam Lizę, namówiła mnie, bym do niej chodziła, więc przyszłam. Wiedziałam o tym, że ty też chodzisz po złej drodze, ale że cię tu spotkam, nigdy się tego nie spodziewałam. Dopiero tu dowiedziałam się od Lizy, że ona ma kochanka z moich stron i pokazała mi fotografię. Nie poznałam. Dopiero, gdy cię przez okno zobaczyłam, od razu cię poznałam i chciałam się ukryć, wstydząc się ciebie, ciebie, który mnie znasz, wiesz, z jakiego domu pochodzę, a teraz w tym rynsztoku... Tak samo byłam przekonana, że ty też nie życzysz sobie, bym ciebie tu widziała. — Po chwili dodała: — Nie warto było mnie bronić wtedy, gdy to Srulek chciał mnie pakować gwałtem do kufra... Czy ty to pamiętasz? To było już moje przeznaczenie — zakończyła smutno.
Myślałem, że mi serce pęknie z żalu, gdy słuchałem jej wyznania. Momentalnie stanął mi obraz z dzieciństwa, jakby to było dopiero wczoraj. Widziałem siebie, jako małego chłopca w chederze. Przed oczyma stanął mi cały obraz i zdarzenie z kufrem. Teraz stoi tu ta Belka przy mnie, w obcym, wielkim mieście, jako dorosła, złamana kobieta, narzekająca na los i ludzi. Ja, jako złodziej, a ona prostytutka...
Chciałem się rzucić jej na szyję, całować ją jako towarzyszkę niedoli i przeznaczenia. Ona, której ojciec był zamożnym i szanowanym człowiekiem! Kto by to pomyślał o tym, że tak się stanie z jego córką.
Szliśmy tak w milczeniu jeszcze przez dłuższą chwilę, potem, widząc, że ona drży z zimna, zaproponowałem zajść do znajomej kawiarni przy ulicy Pawiej.
Za chwilę już siedziała przy stoliku przy mnie, gdzie kazałem podać coś do jedzenia, przyznała się bowiem, że jest głodna.
Tutaj obserwowałem ją uważnie przez cały czas i pomyślałem sobie, że taka naiwna i szczera nawet na prostytutkę się nie nadaje. Znałem dobrze ten rodzaj kobiet, co za oddanie się zamiast pieniędzy otrzymują zawsze szturchańca. Znałem to życie. Postanowiłem się nią opiekować i namówić, by pojechała natychmiast do domu, by nie dać jej zupełnie upaść.
Pomimo, że mi się podobała, nie pomyślałem nawet, by skorzystać z tej sytuacji. Dla mnie nie była ona materiałem do nabycia i zepsutą kobietą. Widziałem ją jako małą, niewinną dziewczynkę. Doskonale ją rozumiałem.
Tego samego wieczora kupiłem jej palto ciepłe i dużo innych fatałaszków i postanowiłem ją wyprawić do domu. Jednak ona była więcej uparta, niż ja to sobie myślałem. Do domu w żaden sposób wrócić nie chciała, twierdząc, że tam ją będą w miasteczku wytykać palcami i pluć w jej stronę, że woli tu już pozostać.
Próbowałem tłumaczyć, jednak ustąpiłem. Ja to doskonale znałem i wierzyłem, co ją czeka w tym zacofanym, żydowskim miasteczku.
Liza patrzyła na tę moją opiekę jak wściekła i podejrzewała ją, że została już moją kochanką. Na wszelkie wymówki nic nie odpowiadałem. Belkę umieściłem w pewnym miejscu, dałem jej pieniądze i kazałem się wystarać o jakąś pracę. A nawet sam się wystarałem dla niej o miejsce kelnerki w cukierni na pewnej ulicy. Gdy ją powiadomiłem o tym, ze łzami w oczach dziękowała mi i zaraz też objęła posadę.