Upłynęło z tydzień czasu po objęciu posady. Postanowiłem ją raz odwiedzić. Zakazałem jej bowiem przychodzić do Lizy na spotkanie ze mną. Po pierwsze nie chciałem, by Liza wiedziała, że się jeszcze nią opiekuję, a po drugie obawiałem się, że nie wytrzymam i Belka zostanie naprawdę moją kochanką. Byliśmy oboje za młodzi i za wielcy przyjaciele, byśmy sobie jeden drugiemu czegoś podobnego mogli odmówić...

Pewnego dnia, gdy zaszedłem do tej cukierni, jak wielce się zdziwiłem, gdy jej tam nie zastałem. Próbowałem zapytać o nią. Tu dopiero dowiedziałem się, że od trzech dni jej tu nie ma. Gdy próbowałem się dowiedzieć coś więcej, jedna z kelnerek odwołała mnie na stronę i powiedziała mi, że agent policji obyczajowej zabrał ją i już nie wróciła. Z filuternym uśmiechem dodała:

— Na pewno znajdzie ją pan na Książęcej ulicy w „łabaju”.

Zrozumiałem teraz wszystko, Liza zemściła się na niej i oddała w ręce policji obyczajowej, a ta ją aresztowała. W ten sam dzień jeszcze zerwałem z Lizą, zabierając wszystko co moje. Przyznała mi się bezczelnie sama, że to ona zrobiła mi na złość, bym nie miał kochanki. Dodała również, że szkoda, iż ona nic nie wie takiego, by mogła i mnie oddać policji, jednak już się o to postara. Gdy mi tak groziła, tym bardziej postanowiłem od niej zaraz odejść i zerwałem z nią raz na zawsze.

Dowiedziałem się, że w „łabaju” na Książęcej można te pensjonarki159 odwiedzać dwa razy na tydzień. Pewnego dnia zrobiłem zakupy i udałem się tam na widzenie. Podałem się za krewnego. Za chwilę ujrzałem ją na sali widzeń. Ubrana była w krótki szpitalny chałat i drewniane trepy na nogach. Była też blada nie do poznania. Nie śmiała na mnie spojrzeć. Nareszcie delikatnie ją spytałem o zdrowie i za co ją tutaj zamknęli i jak długo ją będą tu trzymać. Obiecałem, że nie zapomnę o niej i że często ją będę odwiedzał.

Podniosła głowę, popatrzyła na mnie chwilę i wybuchnęła płaczem, po czym bez słowa wybiegła z sali. Czekałem jeszcze długo, myślałem, że wróci, nie wróciła jednak, musiałem iść do domu.

Nie mogłem zrozumieć jej dziwnego zachowania się. Byłem naprawdę gotów wszystko zrobić dla niej, by ją stamtąd wydostać. Nawet zdecydowałem się na to, by ją wziąć za narzeczoną, dowiedziałem się bowiem, że o ile ktoś podpisze, że ta kobieta jest jego narzeczoną lub weźmie ją za żonę, to ją zwolnią. Jednakże zanim ten plan urzeczywistniłem, sam znalazłem się za kratami.

XL

Dnia dziewiątego listopada 1916 roku znów aresztowano mnie w Ł., gdzie chwilowo zatrzymałem się, pod zarzutem dokonania włamania do prowiantury wojskowej, o której pojęcia nawet nie miałem. Pojechałem tam na moje nieszczęście, kiedy tu szukano złodziei. Jako obcy zostałem tam aresztowany za „gościnny występ”, a że znaleziono przy mnie przybory złodziejskie, od razu domyślano się, kim jestem i przypisywano mi wszystkie kradzieże, jakich tylko dokonano w okolicy. Akurat z tej nocy, której okradziony został magazyn, nie mogłem wykazać, z wielu tylko mnie znanych powodów, swojego alibi. Wzięto mnie przez to, słusznie, za tego złodzieja. Zaraz też znalazł się jeden Żyd, co twierdził, że tego samego wieczora widział mnie w towarzystwie dwóch jegomościów, jednego małego, grubego, a drugiego wysokiego i cienkiego i że kręciłem się po tej ulicy, gdzie mieścił się magazyn, co wcale nie było prawdą.

Dziś, po tylu latach jeszcze, gdy sobie o tym wspomnę, co wtedy ze mną na komendanturze robiono, bym się przyznał i wydał wspólników, dreszcze mnie przechodzą.