Komendant, który był sierżantem niemieckim, nie mogąc ode mnie nic wydobyć, nawet tego, co się tyczy mojej osoby, mało że się nie wściekł ze złości. Chwytał się różnych forteli. Ja jednak milczałem, gdyż naprawdę o niczym nie wiedziałem w tym przedmiocie, o który mnie pytano.

Na drugi dzień komendant kazał mnie znów prowadzić przed siebie i wzięto mnie tam w „krzyżowy ogień pytań”. Ostatnia to próba, której się chwyta policja chyba na całym świecie. Jednakże po tych „pytaniach” nic więcej ze mnie nie wydobyli, jak tylko trzy zęby, które pozostawiłem na podłodze.

Po upływie trzydniowego znęcania się nade mną, wygłodniałego obudzono mnie o północy i kazano wyjść z celi. Wyprowadzono mnie na podwórze, tu założono mi kajdanki na ręce i komendant razem z pięcioma żołnierzami umieścili nas w samochodzie i wywieźli za miasto.

Myślałem, że pewno wiozą mnie na karę śmierci. Ręce zaczęły mi drętwieć, gdyż kajdanki były tak ciasno przyciśnięte, że krew przestała krążyć.

Poznałem tę szosę, po której jechaliśmy. Myślałem, że mnie wiozą do fortu, by rozstrzelać i że odkryli, kim jestem. „Przepadłem — pomyślałem sobie — może z Niemiec mnie poszukują”.

Komendant kazał przystanąć, zwrócił się do mnie, bym wyszedł. Zbladłem, myśląc, że ostatnia moja chwila wybija, wojna, pomyślałem, u Niemców wszystko jest możliwe. Kto się kiedy dowie, że mnie tu zabito. Zawahałem się na chwilę, czy nie wyznać, gdzie byłem tej nocy i wykazać moje alibi, wyznać wszystko. Zrozumiałem również, że Niemcy podejrzewają mnie też o szpiegostwo, więc powiem lepiej, kim jestem i skąd pochodzę. Jednak odrzuciłem prędko tę myśl, gdyż za moje alibi groziłoby mi więcej niż za tę kantynę i postanowiłem milczeć, cokolwiek by się stało. Przecież niemożliwe, pocieszałem się w duchu, by za kradzież rozstrzeliwali. W Niemczech miałem sto razy gorsze sprawy, a nawet mnie nie tknięto. A może oni wiedzą o mojej ucieczce? Tu dreszcze mnie przeszły. Nie, to niemożliwe.

Komendant zwrócił się do mnie i po polsku zaczął mi tłumaczyć, że o ile nie powiem prawdy i nie wskażę wspólników, to mogę pożegnać się z życiem.

— Teraz jest wojna — mówił — nie mamy czasu bawić się z wami. Pomyśl, żal mi cię, jesteś jeszcze tak młody i na pewno masz rodziców, którzy będą płakać po tobie i wstydzić się, że syn nie umarł jak bohater na placu boju, tylko został rozstrzelany jako zbrodniarz.

Tu wyciągnął zegarek, a żołnierz przyświecił latarką.

— Patrz, za dziesięć minut piąta, pięć minut więc daję ci do namysłu. A potem... — I tu zrobił ruch w kierunku żołnierzy, którzy stali w pogotowiu oparci o karabiny. Zapytał mnie też, czy chcę zapalić i nie czekając na odpowiedź, podał mi cygaro, którego nie przyjąłem.