Nie jestem zdolny tu opisać, jaka walka odbywała się we mnie, czy przyznać się do niepopełnionego przeze mnie przestępstwa, czy nie. A gdy nawet przyznam się, kto wie, czy tym bardziej mnie nie rozstrzelają za kradzież rządowych pieniędzy, ale czyż to naprawdę możliwe, żeby za to przestępstwo skazali mnie na śmierć i to tak bez sądu? Tu znów przypomniało mi się, jak oglądałem plac boju, gdzie leżało tylu zabitych. Co więc mogę znaczyć, tylu ludzi, którzy nigdzie nie kradli, zamordowano zupełnie niewinnie, dlaczegóż by ze mną nie można tak zrobić? Co prawda, jestem niewinny, ale za co innego należy mi się kara. Więc obojętnie, za jakie przestępstwo mnie ukarzą, dość że otrzymam zasłużoną karę. Tu znów otucha wstąpiła we mnie. Nie, to niemożliwe, oni mnie tylko próbują. Takie i inne myśli podobne krążyły mi po głowie przez pięć minut danych mi do namysłu.

Był zimny, listopadowy poranek, spojrzałem na niebo, jakbym tam szukał ratunku. Dziwna rzecz, że w groźnych zawsze dla mnie chwilach mimo woli zwracałem się do nieba, choć nie bardzo wierzyłem, że tam coś jest. Żal mi było naprawdę umierać w dwudziestym roku życia, ale cóż, trudno, widać taki już mój los.

Pięć minut upłynęło.

Komendant zwrócił się znów do mnie z zapytaniem, czy przyznaję się, bo nie ma czasu, a pięć minut już minęło.

— Nie znam żadnych wspólników i o żadnej kradzieży nic nie wiem. Nie jestem żadnym złodziejem — rzekłem niepewnym głosem, uśmiechając się smutnie.

Niemcy spojrzeli porozumiewawczo po sobie.

Los! Los! — krzyknął komendant i popchnięto mnie w stronę lasu, który ciągnął się po obu stronach szosy.

Tu przywiązano mnie linką do drzewa, żołnierze naładowali broń, a komendant zwrócił się po raz ostatni do mnie:

— Patrz — mówił — jak piękny jest świat, żal mi cię, wiedz o tym, że my nie żartujemy. Powiedz prawdę, to cię puszczę zaraz wolnym, a jak nie, to za chwilę będzie z ciebie tylko trup.

Słuchałem ze spuszczoną głową i nic nie odpowiedziałem.