Trzeba tu wiedzieć, że ten sam prokurator był od początku, gdy tylko Niemcy zajęli miasto, panem sprawiedliwości, sędzią śledczym, sędzią i prokuratorem, wszystkim w jednej osobie, istna „chodząca sprawiedliwość”. Gdy dał komu wyrok, śmiał się, że o ile mu się nie podoba, to może apelować do pana Boga. Opowiadało mi o tym kilku więźniów, którzy zostali przez niego skazani, a z którymi spotykałem się w ustępie albo rozmawiałem przez okno, kiedy stał „dobry” żołnierz na posterunku.
Zrozumiałem od razu, o co mu chodziło, a udawałem, jakbym się niczego nie domyślał.
Wtem niespodziewanie znów zagadnął mnie:
— Czy wiecie, że w miasteczku T. okradziono w nocy drugiego listopada Bauamt169 i zabrano tam ogromną sumę pieniędzy przygotowaną dla trzech tysięcy robotników pracujących przy budowie mostów, szosy itd.?
— Nic o tym nie słyszałem — odparłem. — Mówiłem, że tej nocy okradłem prowianturę i zostałem zaraz aresztowany.
Uśmiechnął się do mnie szyderczo i odparł:
— Nie przyznałeś się do tej kradzieży, więc ty tam może nie byłeś?
— Jak to? A dwa lata za co dostałem? O ile nie byłbym winien, sąd niemiecki na pewno by niewinnego nie skazał.
Zdaje się, że nawet uśmiechnąłem się wtedy przy tej odpowiedzi, a on zagryzł wargi, co doskonale zauważyłem.
— A jednak wiem, że ty byłeś w T. i to jeszcze z dwoma z Warszawy, gdy okradziono Bauamt. Ja już jestem na śladzie — dodał.