— Panie prokuratorze — rzekłem śmiało. — Czarodziejem nie jestem, bym był widziany i bym mógł się przenieść z miejsca na miejsce, o ile dostałem dwa lata za to, że o godzinie mniej więcej dwunastej w nocy do drugiej dokonałem tu kradzieży, nie mogłem dokonać o tej samej porze kradzieży w miasteczku T., które, jeśli się nie mylę, jest stąd oddalone o pięćdziesiąt wiorst, a wiadomo, że koleje ani samochody tam nie kursują, a aeroplanem tam na pewno nie przybyłem — dodałem.
Prokurator, widząc, że nie daję się złapać, coś na ucho szepnął sekretarce. Ona się roześmiała, a później zwrócił się do mnie z zapytaniem, czy nie jestem głodny, czy w więzieniu dają dosyć jeść?
Zrozumiałem znów, do czego dąży i odparłem:
— Pan prokurator lepiej wie ode mnie, że w więzieniu puchną i umierają z głodu.
— Ach, tak — odparł. — Ja o tym nie wiedziałem, a ty, widzę, dobrze wyglądasz, od dziś każę tobie przynosić obiad z kasyna, o ile macie pieniądze.
Własnym uszom nie dowierzałem. Albo żartuje, albo go źle zrozumiałem. Jednak powtórzył to po raz drugi.
— Tak, mam sześć i pół marki i dwieście dwadzieścia trzy ruble, które odebrano mi przy aresztowaniu.
— Te pieniądze są skonfiskowane — odparł — ale jak wam podadzą pieniądze z domu, to pozwolę wam codziennie z kantyny dostarczać obiad.
— Nie mam domu i nikogo, żeby mi podawał obiad — odparłem.
Popatrzył na mnie chytrze i zapytał: