— Dwa lata przez sąd wojenny.

Tu zrobił wesołą minę.

— Co to jest dwa lata, mnie czeka ot to — tu pokazał ruchem na gardło — i się nie martwię. Raz się człowiek urodził i raz kojfnie. Ale cieszy mnie choć to, że już niejednego wyprawiłem na tamten świat — dodał tajemniczo.

— A za co pan teraz siedzi? — starałem się zapytać spokojnie.

— Za pięć napadów, ale jeszcze na to dość czasu, by opowiedzieć. Tylko nie smuć się — dodał cicho — mortusu172 tu nie będziem mieli, mam zaszyte pieniądze, a żołnierze przyniosą wszystko do jedzenia.

Myślałem, trudno, trzeba parę dni tu siedzieć i zobaczyć, co będzie dalej, a wtedy ja się z nim tu załatwię i śmiać mi się chciało w duchu z tego kawału, zobaczymy, kto kogo w butelkę nabije. Trzeba tymczasem skorzystać z okazji i trochę się podreperować. On ma forsę, a ja wiedziałem już od drugich więźniów, że za pieniądze, o ile stoją dobrzy żołnierze, to sprzedają chleb, marmeladę i inne rzeczy. Więc postanowiłem się nie zdradzać, że wiem, kim on jest.

Za jakąś godzinę po obiedzie przyszedł „Zdrajca”, przyniósł papier i odczytał, że jako skazanemu przez sąd wojenny przysługuje mi Freistunde dwie godziny dziennie i że od jutra od godziny drugiej do czwartej będę spacer dostawał.

Udawałem, że bardzo się ucieszyłem tą nowiną. Zauważyłem też, jak „Zdrajca” z moim towarzyszem zamienili porozumiewawcze spojrzenie ze sobą.

Gdy wyszedł z celi, towarzysz mój wyciągnął spod siennika ze dwa funty kiełbasy, chleb i miód i kazał jeść, jakby swoje.

— Dziś wieczorem — mówił — to mam świeże dostać. Dałem Niemcom dziesięć marek. Wszystko będzie dobrze, porozmawiamy sobie, a mam dobry pomysł, który nam obu się przyda.