Podczas spaceru Ról stał pośrodku „Rajskiego podwórka”, a trzydziestu więźniów partiami kręciło się wkoło niego, jeden od drugiego o dziesięć kroków. Ręce musiał mieć więzień założone w tył. Co parę minut Ról podawał nam komendę:
— Achtung177!
Więźniowie momentalnie musieli stać, a nie daj Boże, by odstęp nie był równy, bił on wtedy więźnia do utraty przytomności, gdy zaś więźniowie stanęli, podawał znów komendę:
— Mütze ab178!
Wszyscy jednocześnie zrywali czapki z głowy.
— Mütze auf179!
Więźniowie wkładali czapki.
Tak codziennie podczas piętnastominutowego spaceru w kółko szukał on okazji, by do kogoś się przyczepić.
„Zdrajca” był w porównaniu z Rólem człowiekiem litościwym. Wyobrażam go sobie tak, jakby „Wampir z Düsseldorfu”180 był jego synem, albo jakby on sam nim był. Wyglądał na lat czterdzieści, słusznego wzrostu, brunet, wąsy nosił po angielsku. Chodził z fajką w ustach, sztywny, jakby kij połknął, a twarz jego zdawała się zawsze wyrażać zdziwienie. Mówił chrapliwym głosem.
Bił strasznie i torturował więźniów za byle jakie przewinienie. Z jakąś sadystyczną rozkoszą upajał się jękami katowanych. Podczas egzekucji mierzył w najboleśniejsze miejsce. Oczy jego iskrzyły się wtedy jakimś osobliwym, niedającym się określić blaskiem. Szatański uśmiech wykrzywiał wtedy jego zwierzęce usta. Brak mi słów, by tego potwora w ludzkim ciele określić. Wystarczy, jeżeli powiem, że ten niemiecki nasz wychowawca podczas egzekucji był raczej podobny do średniowiecznego kata niż do człowieka z dwudziestego wieku i do tego urodzonego „w kulturalnym Vaterlandzie”.