Nie! Tu zupełnie nie przesadzam w określeniu go. Do dziś dnia na samo wspomnienie, co więźniowie od niego wycierpieli, dreszcze mnie przechodzą po całym ciele. Nieraz bił mnie do utraty przytomności, do dziś dnia noszę na sobie ślady jego katowskiej dłoni, mam bębenek w lewym uchu pęknięty.

Jestem tego zdania, że więzień, który przesiedział rok podczas okupacji w więzieniu, piekła się już nie zlęknie. Ról tu był naprawdę samowładnym panem życia i śmierci, był też i naczelnik, ale nikt z więźniów go nie widział nigdy, nawet kary dyscyplinarne przysyłano więźniowi zaocznie, nie pytając go ani słowa.

O ile czasami więzień próbował hardo się postawić, czując się skrzywdzonym, natychmiast zlatywała się ich cała gromada, a wtedy był bity i kopany do utraty przytomności, o czym na własnej skórze się przekonałem. A jeżeli więzień umarł po takiej kaźni, pewno pisali w raporcie, że powiesił się, co się często tu zdarzało. Nie było nawet tygodnia, by się ktoś nie powiesił. Nikt się już nigdy o tym nie dowiedział, w jaki sposób niektórzy umierali. Grube mury „Czerwoniaka” i lochy podziemne potrafiły wchłonąć w siebie tę tajemnicę śmierci, nie dzieląc się tym z nikim. Straszne, włosy mi teraz dęba stają na głowie, gdy to piszę. Moje oczy patrzyły na tę bezradną mękę.

Ról przychodząc na służbę rano, przynosił pęk witek moczonych w wodzie, a do wieczora miał wszystkie potrzaskane. Gdy bił, starał się bić po twarzy, jęki katowanych i wołanie „o Jezus” było słychać niemal co chwilę z innych cel. Przed Rólem drżeli niemal dozorcy, Polacy, których było tam już kilku. Ci ostatni starali się ulżyć więźniom, w czym tylko mogli.

Muszę tu także wspomnieć ze wstydem, że było tam dwóch podłych dozorców Żydów, a nawet po nazwisku muszę tu tych nazwać: Lipszyc i Lustig. Ten ostatni to był istny typ „Judasza”, miał służbę tylko po nocach, od apelu wieczornego do rana. Więźniowie zadowoleni, że Róla nie ma, wieczorem często ryzykowali oknem wyglądać. A Lustig po cichutku podchodził do judasza i zapisywał numer celi. Przez tego gada i ja kilku obiadów nie dostałem i kilka razy siedziałem w karcu po siedem dni.

Co prawda wolałem być w karcu niż w celi, tam przynajmniej dostawałem ze czterysta gramów chleba i wody.

Trzeba było się kłaść spać o godzinie czwartej po obiedzie, musieliśmy leżeć do dziewiątej rano, siedemnaście godzin i to o głodzie w zimnej celi, co za męki przechodziłem, a gdy więzień próbował wstać, to Lustig go zaraz sobie zanotował, a kara była już pewna.

Rano dawano nam ćwierć litra kawy, a na obiad litr śmierdzącej kapusty, o godzinie czwartej kartoflanka, albo raczej woda od kartofli i siedemdziesiąt pięć gramów chleba, na raz ugryźć. Wystarczy, gdy powiem, że do oddziału, gdzie siedziało sto osób, garbaty więzień nosił chleb dla wszystkich w małej skrzynce, na sznurku przez ramię przewieszonej. Jak cień garbus ten przesuwał się od lufcika do lufcika w drzwiach, gdzie chleb kładł bez słowa. Przy kolacji zaraz musiał więzień wypić zupę i wyłożyć łyżkę i ubranie, łyżkę, którą teraz już każdy miał.

Tak przyszedł luty i pewnego dnia Ról otworzył niespodzianie drzwi mojej celi i zapytał, czy chcę groch przebierać. Oddech mi zaparło, myślałem, że on drwi ze mnie, groch przebierać, dopiero bym się tu najadł — pomyślałem. Ról zapytał po raz drugi, na co naturalnie przystałem. Za chwilę przyniesiono mi cały worek grochu, który w przeciągu dwóch tygodni miałem przebrać. Nie zdążył jeszcze zupełnie przymknąć celi, a pomimo jego zakazu, bym nie jadł grochu, bo będzie ważył go przy odbiorze, dopadłem do worka i całą garść grochu sypnąłem do ust. Groch był twardy, więc sobie na noc wsypałem do miski i nalałem wody, a rano groch był miękki.

Nastał teraz dla mnie lepszy czas, głodny już nie byłem. Nie mogłem też wytrzymać, bym nie poczęstował towarzyszy niedoli i nie podawał im grochu. Na tym oddziale, gdzie byłem, na trzydzieści pojedynek kilku nas tylko dostało groch do przebierania.