Właścicielem tego życiodajnego grochu, jak się później dowiedziałem, był pewien ziemianin niedaleko mieszkający. On to dał na początku sto cetnarów do przebierania za pewną opłatą, a odebrał tylko pięćdziesiąt cetnarów, resztę zjedli. Po tym wszystkim groch dano do przebierania tylko kobietom, których już teraz było sporo, bowiem przyszedł transport kobiet z „Pawiaka”.

Raz na miesiąc prowadzono też nas do łaźni, która była oddalona ze trzy wiorsty od miasta. Dzień ten był wielkim świętem dla nas, bowiem krewni i znajomi aresztantów odprowadzali każdą partię tam i z powrotem. A gdy byli dobrzy żołnierze, pozwalali podawać nam coś do jedzenia. Tego dnia niemalże każdy podjadł sobie, bo jeden drugiemu udzielał, gdyż i tak nie było wolno do więzienia brać. Żołnierze pilnowali, by ze sobą nic nie brać, obawiając się kozy.

Tu trzeba przyznać żołnierzom niemieckim, że niemal każdy posterunek niemiecki, co nas prowadził do łaźni, a było ich z piętnastu na jedną partię, pozwalał rozmawiać i przyjmować jedzenie. Bardzo współczuli nam.

Łaźnia trwała niemal cały dzień. Wychodziliśmy z więzienia o godzinie dziesiątej rano. Tam dopiero więźniowie na zmianę pompowali wodę, potem dopiero była łaźnia.

Niemcy, którzy obsługiwali łaźnię, byli bardzo złymi ludźmi, bili też więźniów za byle co. Ubrania wszystkie zostały wzięte do parowania, a gdy więzień nie odnalazł na czas ubrania z pieca albo nie podał prędko, oberwał zawsze szturchańca.

Najgorzej zaś było, gdy musieliśmy zaraz z łaźni wyjść na mróz i stać, zanim stu ludzi ustawiono w szeregi po czterech. Co prawda, mieliśmy koce ze sobą, jednakże jeden więzień się przeziębił i umarł po tej łaźni.

Taki tryb życia prowadziliśmy w tym przeklętym „Czerwoniaku”.

Trzeba przyznać, że ubranie więźniowie dostawali dobre, podobno zostało po Rosji. Bieliznę dostawaliśmy co tydzień, skarpetki, chustki do nosa i chustki na szyję, a nawet ci, co pracowali, otrzymywali ciepłą bieliznę. Ale głód był straszny.

Naczelnikiem był oficer niemiecki, nazywał się Ring, ten mało co interesował się więźniami. Czasami tylko urządzał sobie małą rozrywkę w ten sposób: zachodził do próżnej celi, kładł aresztancką czapkę na głowę i wyglądał oknem, wołając różne imiona. Gdy zaś który się odezwał, zapisywał go, by ukarać karcem.

Później, gdy się więźniowie połapali, kto to woła: Stasiek, Franek, Maniek, nie odpowiadali już na wołanie, a trzeba wiedzieć, że tam skrzydła pojedynek stoją naprzeciw siebie, więc dlatego, gdy włożył czapkę aresztancką, myśleli, że to więzień.