Wówczas chorzy podawali dzwonek, a dozorca wypuszczał kolejno z celi. Chorzy zbierali się na środku centrali. Ról z rękoma założonymi w tył spacerował tam i z powrotem, puszczając dym z fajki i uśmiechając się do siebie.

Była to jedyna komunikacja między więźniami. Gdy kto chciał się zobaczyć z drugim, robił się chory, a Ról jakiś czas nie domyślał się. Dawał proszki, smarował jodyną i jeszcze innymi medykamentami, aż ktoś mu doniósł, że ekstra schadzki się tu odbywają, przychodzą na kombinacje, a proszki biorą po to, by mieli papierek potrzebny do palenia. Teraz Ról wziął się na inny sposób. Czekał, aż wszyscy się zbiorą na korytarzu ze wszystkich stron z oddziałów. Następnie zbliżał się do pierwszego z brzegu.

Was ist los?184

— Tu, panie, boli! — pokazuje więzień na plecy.

Ról podniósł bykowiec i bije, gdzie popadnie. Więzień ten zmyka do celi, a on pyta dalej po kolei. Drudzy, widząc co się dzieje, zmykają póki czas.

Ról triumfująco uśmiechał się do dozorców, którzy przypatrywali się tej scenie, po czym zabierał z sobą kilku chorych, którzy pozostali, nie mając sił uciekać.

W ten sposób Ról odróżniał chorych od zdrowych.

Ról był też specjalistą od rwania zębów, jak tylko spostrzegł u więźnia złoty ząb, zaraz mu go wyrywał, twierdząc, że złota nie wolno mieć przy sobie.

Więźniowie umierali w pojedynkach, można powiedzieć bez zupełnej opieki185 lekarskiej. Szpitala tu zupełnie nie było, jak kto miał rodzinę i już konał, to go wydali do szpitala na wolność. Co prawda, przychodził tu raz na tydzień lekarz, ale gdyby on zupełnie nie przychodził, byłoby lepiej.

Lekarz ten, szkoda, że hańbił tytuł, który nosił. Był to młodzik lat może dwudziestu pięciu, a nazywał się Lind, pochodził z Warszawy. O, chciałbym, aby przeczytał, co ja o nim piszę. Miał on pod sobą szpital dla kobiet kontrolnych na Rybakach186. Co miesiąc wystawiał więźniów i zaglądał do du-y, do dziś dnia nie wiem, co on tam takiego szukał...