Nie przesadzam tu wcale, o ile powiem, że takie wypadki bywały niemal co tydzień. Umarłych zanoszono zupełnie nago do „towarowej stacji”, leżeli oni tam tak długo, zanim zebrało się ich kilku, a czekać na to nigdy nie trzeba było długo.
Wówczas po trzech, a nawet czterech kładziono w zbitą pakę, zwaną przez więźniów „familijnym pokojem” i zawożono na cmentarz. Tam kilka razy wspólnie z innymi więźniami byliśmy brani do tej czynności jako grabarze. Chętnie szliśmy na cmentarz, gdyż tam jakaś litościwa kobieta podawała zawsze coś do jedzenia.
Jak już poprzednio zaznaczyłem, Niemcy do pracy brali tylko tych, co jeszcze jakoś się trzymali, a mnie jako więźnia karnego zaczęto stale brać do pracy, która była dla nas zbawieniem. Gdy zaś umarł rosły więzień, to go pakowano i odsyłano gdzieś koleją, gdzie, tego nie wiem. Więźniowie szeptali między sobą, że taka posyłka szła do „Vaterlandu”, przy czym żartowali jeden do drugiego, gdy który był rosły:
— Nie martw się, niezadługo pojedziesz do „Vaterlandu”.
Przeciętny nieboszczyk nie ważył więcej niż trzydzieści kilo. Same szkielety. Jednym słowem, trzeba tu mieć pióro Boya-Żeleńskiego, by móc to opisać i przedstawić całą zgrozę życia, brak mi jest słów, abym mógł wszystko przedstawić i opisać, co tam w „Czerwoniaku” się działo przez cały szesnasty rok i na początku siedemnastego. Później się polepszyło, gdyż zaczęli przyjmować podania chleba w małej ilości i po kawałku sera, więcej było wzbronione. Gdy komu, przeważnie ze wsi, przywieźli masło, słoninę, to przyjęto, ale więzień tylko dostał kawałek chleba i sera, a resztę panowie Niemcy niby to „skonfiskowali” na rzecz ogólnego kotła, a w rzeczywistości szło to w posyłkach do „Vaterlandu”, co na własne oczy później widziałem.
Podania przyjmowano tu co dwa tygodnie, zawsze w niedzielę. Wszystkiego chleba więzień nigdy nie otrzymał. Żeby mu podano bochen nawet taki wielki jak koło od wozu, nie dostał on z tego więcej niż ze trzy funty, a resztę „skonfiskowano”.
Więźniowi, któremu przynoszono bogate podania, nigdy nie dano widzenia. Dlatego oczywiście, by nie mógł powiedzieć, że on tego nie otrzymał, gdyż wtedy przestano by tak dużo nosić.
Katowanie więźniów w końcu siedemnastego roku też trochę uległo zmianie. Przybyło tu coraz więcej Polaków na służbę. To trochę krępowało Niemców. Polacy starali się nasze cierpienia załagodzić, w czym tylko mogli. Niemcy stawali się z dniem każdym mniej śmiali, widać przeczuwali bliski koniec swego panowania. Tylko jedyny Ról nie zmienił swego postępowania. A nawet stał się gorszy.
Pewnego dnia, a było to pamiętam w marcu, wzięto mnie do piwnicy do przebierania kartofli. Dozorca wpuścił nas, ze dwudziestu więźniów, i zamknął do obiadu. Jeden z więźniów zwąchał w komórce beczkę z kiszoną kapustą, wszyscy jak jeden rzuciliśmy się do jedzenia. Ja nawet posunąłem swoją odwagę do tego, iż postanowiłem i do celi na jutro nabrać kapusty. Zawsze po skończonej pracy rewidowano nas, czy nie mamy surowych kartofli przy sobie, bo dużo brało surowe kartofle, które następnie rozgniatano łyżką, wkładano do potraw i tak jedzono. Byli też tacy, co wody zimnej dolewali do zupy, by mieć więcej. Ci strasznie puchli. Później już zarządzono, że przy obiedzie i kolacji musowo było wystawiać wodę na korytarz, dopiero po obiedzie dawano wodę z powrotem. Jednak byli łakomcy, co chowali sobie wodę do obiadu, a gdy Ról złapał takiego, zabrał mu obiad, zbił tak, że ten kilka dni nie mógł się ruszyć. Ale wracajmy do kapusty. Jak tu ją przenieść, pomyślałem, nareszcie wpadłem na sposób. Wiadomo przecież, że życie w więzieniu wymaga sprytu. Wycisnąłem dobrze kapustę i wpakowałem między nogawki, w kalesony. Zawołano nas na obiad. Przy rewizji dobrze przeszedłem, teraz stałem przy swojej celi nr 4, przy samej centrali, na dole. Na moje nieszczęście Ról szedł, by mi otworzyć drzwi i wpuścić do celi, już wsadził klucz, by przekręcić, gdy wtem nagle zauważył trochę wody przed drzwiami i zwrócił się do mnie.
— Was ist los? — pokazał palcem na asfalt.