Myślałem na to, że gdybym tak nagle tu umarł, znów znalazłbym się w „Vaterlandzie”. Starałem się jednak tego głupstwa nie robić. Nawet jako nieboszczyk bałem się tam wrócić.

Pracy żadnej się nie obawiałem, nawet przez cały tydzień Niemcy orali mną. Zaprzęgnięto sześciu więźniów do pługa i cały kawał pola przy więzieniu pooraliśmy. Dostaliśmy za to po czterysta gramów chleba dziennie i kubełek dolewki.

Chłopi i baby, przechodząc koło nas i widząc, jak Niemcy nas popędzają w pługu, żegnali się nabożnie, rzucając nam kawałek chleba lub coś innego do zjedzenia.

Dziwna rzecz, byłem teraz nawet zadowolony z tego życia. Przychodząc na noc do celi, upadałem na łóżko i naprawdę mogę sobie powiedzieć, że wtedy spałem, jak to się mówi, snem sprawiedliwych.

Ról przestał zupełnie mnie prześladować, dowiedział się bowiem, że dobrze pracuję. Na dowód tego przynosił mi nieraz w niedzielę dolewki. Śmiał się nawet z moich psot, które od czasu do czasu jeszcze urządzałem.

XLV

Pewnego dnia po obiedzie Niemiec wziął nas, czterech więźniów, do pracy, do kasyna oficerskiego. Kasyno stało przy ogrodzie publicznym, niedaleko więzienia. Niemiec rozkazał nam kubełkami z piwnicy wyczerpywać wodę, której się tam uzbierało dość sporo. Piwnica była dobrze zaopatrzona w różne trunki, stały tam półki pełne różnego wina i koniaku. Pomyślałem sobie, że niemieccy oficerowie nieźle żyją w Polsce, a okruchy z kasyna na pewno byłyby lepsze niż żołnierskie, o których wspomniałem.

Mnie, jako zaufanemu i dobremu robotnikowi, nakazał Niemiec stanąć na środku piwnicy, drugiemu zaś przy drzwiach, a trzeci stanął na schodach, czwarty znów wylewał wodę do rynsztoka. Niemiec stał z karabinem na podwórzu. Co chwilę krzyczał do mnie, bym prędzej podawał wodę w wiaderkach. Widać obawiał się, bym tam w piwnicy nie zgrzeszył.

Co do mnie, przyznam szczerze, że na widok tych życiodajnych napojów mdło mi się zrobiło i dusiło coś w gardle. Więc nic dziwnego, że jedną ręką podawałem wodę, a drugą szukając po omacku, ściągnąłem jakąś flaszkę z długą szyjką, wiedząc z doświadczenia, że taka nie zawodzi. Zbiłem szyjkę i wypiłem zawartość jednym tchem, po czym flaszkę rzuciłem w ciemny kąt. Jednakże nie zauważyłem, że usta sobie skaleczyłem tak mocno, że z winem piłem własną krew, ledwo udało mi się krew zatamować, by dozorca tego nie zauważył.

Pomyślałem też o współtowarzyszach niedoli, by przy takiej okazji też sobie wypili. Nie myśląc długo, wpuściłem jedną flaszkę do nogawki. A spodnie mieliśmy grube i bardzo szerokie, przymocowałem ją do nogi podwiązką. Poprosiłem Niemca, że chcę iść do ustępu, ten pozwolił, nie rewidował wcale, pozostawiłem tam flachę i mrugnąłem do kolegów. Oni mnie doskonale zrozumieli, wiedząc, że jestem bardzo przedsiębiorczy i że razem pracuję zawsze. Muszę tu powiedzieć, że dobrze żyliśmy ze sobą, pomagając sobie nawzajem. Najmniejszy zarobek dzieliliśmy między sobą. Kwestia żydowska tu nie istniała. Byliśmy sobie braćmi.