Tak w tej przerwie wyniosłem trzy flaszki do ustępu. Sam sobie jeszcze wyciągnąłem jakąś flaszkę smacznego wina. Na ostatku przywiązałem sobie jeszcze do nogi płaską butelczynę, by przenieść ją do więzienia.
Przy rewizji dozorca nie znalazł u mnie nic, bo tylko powierzchownie nas obmacał, na korytarzu już „odpaliłem” flaszkę korytarzowemu, a on mi za to miał dać dwadzieścia „klamotów”189 po siedemdziesiąt pięć gramów.
W celi dopiero w głowie zaczęło mi się mieszać. Przy kolacji korytarzowy, widząc, że jestem podpity, zabrał mi prędko ubranie i zamknął celę, abym mógł się położyć spać, tak że Ról mnie już nie widział.
Noc spędziłem strasznie, wymiotowałem wszystko. Za łakomstwo cierpiałem okropnie. Dopiero nad ranem wytrzeźwiałem zupełnie.
Całą celę moją czuć było alkoholem. Prędko zerwałem się z łóżka, by ślady zatrzeć. Wymyłem podłogę, jednakże czuć było tu jeszcze winem. Byłem zgubiony.
Ról, jak tylko rano otworzył celę, od razu poczuł, przystąpił do mnie i kazał mi chuchać na siebie. Następnie zrewidował celę. Domyślał się wszystkiego, wiedząc, gdzie byłem wczoraj przy pracy. Jednakże nie bił mnie, tylko pogroził mi palcem i kazał jeszcze raz dobrze wyszorować celę.
Zrozumiałem, że nie chciał tego poruszać, bo odpowiedzialność spadłaby wtedy na niemieckiego dozorcę. A gdyby nad nami dozorował Polak, na pewno nie podarowałby mi tego.
Zaraz z początkiem maja poczęto budować tu łaźnię i pralnię, przerabiano je z dawnej łaźni, więc potrzebni byli murarze. Werkmistrz chodził po celach i pytał, kto jest murarzem. A że ja nosiłem się wciąż jeszcze z zamiarem ucieczki i szukałem jeszcze lepszej okazji, więc chwytałem się wszystkich fachów, może z murarki lepiej mi się uda, myślałem. Podałem się więc za murarza.
Werkmeister był bardzo zadowolony, że znalazł murarza i do tego takiego, co rozumie po niemiecku. Patrząc na mnie, żem więzień karny i do tego mam nieduży wyrok, bez słowa wziął mnie zaraz ze sobą. Nie pytał Róla, który był na obiedzie. Ten z pewnością odpowiedziałby, co ja za gość i nic by z tego nie było. Korzystając z tego, że go nie ma, zaprowadził mnie do budynku, który miano przerobić na łaźnię. Tu wyjął plan i począł mi tłumaczyć, jak tu będzie wszystko przebudowane. Przytakiwałem mu we wszystkim. Następnie objaśnił mnie, że potrzebuje aż dziesięciu murarzy i dwóch malarzy. A znalazł tu tylko mnie jednego. Mówił, że sprowadzi murarzy z innego więzienia, a na razie mogę się tu rozejrzeć. Pokazał mi zbitą z desek formę do odlewania cementowych korytek dla świń, przy czym pokazał również plan budowli chlewa dla świń. Następnie objaśnił, gdzie stoi cement i kazał mi wziąć się do tych korytek. Sam zabrał się i poszedł na obiad.
Po upewnieniu się, że werkmistrz oddalił się, wybiegłem z budynku na podwórko, aby się rozejrzeć, czy nie ma tu jakiej drogi. Doznałem rozczarowania, bo nic tu nie dało się dokonać. Wróciłem więc do budynku i stałem nad beczką z cementem, rozmyślając, jak się wziąć do tego. Najmniejszego pojęcia nie miałem o robieniu korytek. Zarazem zrozumiałem, że jednak trzeba tu coś robić, otworzyłem beczkę i nabrałem pełne wiadro cementu i wysypałem na podłogę. Następnie, nie będąc pewny, czy dobrze robię, dosypałem pół wiadra piachu, po czym wyszedłem na podwórko i napompowałem wiaderko wody, zabierając się do mieszania.