Straszne rzeczy tam się działy, wokoło baraków był naciągnięty drut kolczasty i naelektryzowany. Wojsko krążyło też wokoło. Do środka baraków Niemcy wcale nie wchodzili. Trupy polewano naftą i palono w lesie na stosie. Bito więźniów na każdym kroku pałkami. W największy śnieg pędzono w trepach do pracy. Ubranie było wyrobu papierowego.

Bywało nieraz, że po drodze do pracy więzień gubił sandałek w śniegu. Niemcy, nie chcąc zatrzymać całej partii i zaczekać, aż ten odnajdzie zgubę, pędzili go dalej zupełnie boso. Ci śmiałkowie, co próbowali ucieczki, zostali schwytani i zmasakrowani kolbami niemal na oczach więźniów, dla odstraszenia.

Między kryminalnymi było bardzo dużo jeńców wojennych, którzy pouciekali z obozów dla nich, a gdy ich złapano, trzymano potem w więzieniu. Było też dużo chłopów, którym za broń Niemcy dawali karę śmierci, dożywotnie więzienie lub piętnaście lat.

Rozdawanie obiadu ani razu nie odbyło się, by Niemcy kogoś nie zbili.

— Pewnego razu ja sam — mówił murarz — gdy nabrałem kawy, potknąłem się i upadłem, więc kawa mi się wylała. Błagałem Niemca, aby mi dał drugi raz kawy, ale ten tak mnie zbił drągiem, że dwa tygodnie leżałem w baraku i ruszyć się nie mogłem.

Pewnego wieczora „sporutowaliśmy”193, że w baraku nad nami jest magazyn z prowiantami, nie namyślając się długo, zrobiliśmy otwór w suficie i nie myśląc wcale o karze, wszyscy postanowiliśmy się raz najeść, potem możemy „zakitować”. Zabrano tam ze dwieście bochenków chleba i wędzonej słoniny, dużo konserw, dwie beczułki rumu, tytoń, papierosy, cygara, jednym słowem wszystko, co się dało zgryźć i podulić194. Przez całą noc trzystu wygłodniałych ludzi z dwóch baraków, które ze sobą się łączyły, wszystko opchnęli. Dopiero nad ranem Szwaby tropnęli się i wściekli wpadli do baraków i kolbami bili nas na prawo i na lewo, gdzie i kogo popadło, całe trzy dni prowadzili śledztwo. Po jednym nas wołano, jednak nic nie pomogło, winowajców nie znaleźli, a z nas nikt się nie „pucował”195. Wszyscy jednogłośnie twierdziliśmy, że wszyscy kradzież popełniliśmy, nie jeden.

Po tym zajściu Niemcy odegrali się i zmniejszyli nam porcje chleba ze stu pięćdziesięciu gramów na sto, a do jedzenia dawali samą „wachę”196.

Więźniowie też czym mogli, odpłacali się, jedni zakradali się do dyżurki komendanta, który był sierżantem i tam Wilhelmowi oczy wydłubali197 i zabrali całe pudło cygar. Jeszcze dużo innych psot mu wyrządzili. Istne piekło tam było — zakończył.

A więzień ten, przez czas opowiadania mienił się na twarzy na samo wspomnienie, co się tam działo.

*