Wychodząc z więzienia, poczułem dopiero cały ciężar swojego położenia. Po odzyskaniu upragnionej przeze mnie wolności, do której tęskniłam całą duszą, teraz, gdy furta więzienna wyrzuciła mnie na ulicę, stanąłem przed bramą i jakaś tęsknota mnie ogarnęła.

Rzecz dziwna, że gdy się jest więźniem, rozkoszą jest marzyć o wolności, gdy się zaś odzyska wolność i nie ma już o czym marzyć, to życie wydaje się niemiłe. Jakoś niechętnie ruszyłem stąd. Czyżby dlatego, że już przeczuwałem nowe nieszczęście, które mi na wolności groziło?

Stanąłem i chwilę myślałem, dokąd się udać. Do domu? — Nigdy! Nie śmiałbym po tym wszystkim ojcu w oczy spojrzeć. Do wspólników niesumiennych, którzy przez cały ten czas znaku życia po sobie nie dali? Albo może szukać świeżej znajomości i odegrać się za to, że cierpiałem niewinnie i znowu kraść? Przejrzałem w myśli porobione przeze mnie znajomości tu, w więzieniu. Przypomniałem sobie jedną tutejszą kobietę zwaną „Kosą Mańką”.

Znajomość nasza datowała się od czasu jej pobytu tu, w więzieniu. Prosiła mnie, abym, gdy zostanę zwolniony, do niej zawitał. Kusiło mnie coś, by ją odwiedzić. Stanęła mi w całej wyobraźni jej piękna figura i złociste włosy, jej wesołe usposobienie, nawet w więzieniu stale śmiała się do chłopaków.

Przypomniałem sobie, jak głodny pewnego dnia przyszedłem drzewo rąbać na podwórko administracji, jak zaniosłem jej drzewo do kuchni naczelnika, a ona nakarmiła mnie w samą porę. Ona to mi opowiadała jeszcze w więzieniu, że jest kochanką naczelnika, śmiejąc się, że już niedługo druga ładniejsza ma ją zastąpić.

Była około sześciu tygodni u naczelnika. Cały ten czas, co tylko mogła, dawała więźniom do jedzenia. Zwierzyła mi się, że ona tam jest na to, by tylko nam ulżyć. Wyrok miała nieduży, bo tylko trzy miesiące. Była i tak kontrolną, więc nie miała nic do stracenia, jak się sama o tym do mnie żartobliwie wyraziła. Spodobała mi się i pragnąłem ją odwiedzić. Ale zarazem zrozumiałem, że odwiedziny te równają się powrotowi na tę samą drogę występku, do której naprawdę podczas pobytu w „Czerwoniaku” wstręt czułem.

Wiedziałem też o tym, że spotkam tam dużo znajomych z więzienia. Tej właśnie znajomości obawiałem się, wahanie trwało u mnie krótko. Przez te parę minut namysłu pod bramą więzienną, gdy wiatr wolnościowy wziął mnie w objęcia, momentalnie rozprysły się moje obawy, jakbym już zapomniał przeżyte cierpienia, o Rólu i innych męczarniach. Gnany nowymi myślami szedłem na ulicę do domku, gdzie mieszka „Kosa Mańka”.

Po drodze ogoliłem się i zaszedłem do krawca, który na poczekaniu wyprasował mi garnitur i płaszcz, tak że oprócz zapachu naftaliny, który bił ode mnie, wyglądałem „niczego sobie”. Pragnąłem zrobić jak najkorzystniejsze wrażenie i tak odświeżony stanąłem wieczorem u celu.

Zaraz od progu „Kosa Mańka” mnie poznała. Stała zrazu zdziwiona. Wiedziała bowiem, że mam jeszcze rok do siedzenia, potem przywitała mnie bardzo życzliwie. Wytłumaczyłem jej moje nagłe przybycie. Ucieszyła się bardzo. Przedstawiła mi zaraz swoje dwie przyjaciółki, które z nią razem mieszkały. Za chwilę już siedziała u mnie na kolanach, zachęcając mnie do wódki i zakąski, którą obficie postawiła na stół. Jednym słowem znalazłem się w wymarzonym otoczeniu. Nie dała mi już odejść i zostałem tam na noc...

Noc ta była bardzo urozmaicona i przeleciała jakby jedna chwila. „Kosa Mańka” zaraz z rana mianowała się oficjalnie moją kochanką.