Na drugi dzień przed wieczorem przybyło trzech mężczyzn, by się zabawić. Wszyscy trzej byli ubrani dość przyzwoicie. Jednak jedno moje spojrzenie wystarczyło, by poznać kolegów po fachu. Gdy mnie zobaczyli, zaczęli spoglądać po sobie, jakby chcieli spytać, co ja za jeden. Mania, widząc ich spojrzenia rzucone w moją stronę, odwołała jednego na stronę i coś szepnęła. Ten doszedł do mnie i podał mi rękę, przedstawił siebie i kolegów, po czym zaprosił do drugiego pokoju. Wódka i różne likiery, wino i zakąski wędrowały na stół, a zabawa poszła „na całego”.

Przy kieliszku zwierzyli mi się, że są „hołociarze”201, a od czasu do czasu i „stój”202 potrafią zrobić. Przy tym jeden, sam herszt, wyciągnął dwa rewolwery, pokazał mi je, a następnie wyjął portfel wypchany pieniędzmi i rzekł do mnie:

— Może chcesz przystąpić do nas, wiem, że wyszedłeś z „Czerwoniaka” i jesteś na pewno „mortusowy”203. U nas wnet się podreperujesz. Wiem, że dla takiego eleganta — tu zmierzył mnie od stóp do głowy — może się to nie podoba, ale spróbować nie szkodzi.

Począłem mu tłumaczyć:

— Ja nigdy jeszcze „hołoty”204 nie kradłem i nie mam zupełnie pojęcia, jak to się robi. A po drugie, Niemcy dają za broń karę śmierci, więc dlaczego nosisz ją przy sobie?

On na to wybuchnął śmiechem i odparł:

— Jak widzę, ty się, brachu, Szwabów boisz, co do nas, to my nie bardzo.

Tu pokazał na swoich wspólników i rzekł:

— Prawda Maniek? Prawda? My się tam Niemców nie boimy.

— Prędzej oni nas — odparł Maniek.