Nareszcie dałem się przekonać, bo na gwałt potrzebowałem pieniędzy. Zapewniali mnie także, że nie dadzą mi zbyt ryzykować, jak to zazwyczaj bywa, a „dolę” dostanę na równi z nimi.
Wieczorem tego dnia, odprowadzeni przez dziewczęta aż za miasto, wyszliśmy we czterech na wyprawę.
Była pochmurna noc listopadowa, już było zimno, tak że szliśmy pieszo jakieś osiem wiorst od miasta, by się zagrzać. Po drodze herszt, jak przy zabawie był gadatliwy, tak teraz uparcie milczał. Prawdopodobnie rozmyślał, w którą stronę ma się udać. Był to dwudziestokilkuletni mężczyzna, bardzo przystojny, energiczny i ze stalowym wzrokiem. Nazywał się Stasiek. Drugi był niskiego wzrostu, krępy i o wesołym, bezmyślnym wyglądzie. Nazywał się Maniek. Ostatni nazywał się Wojtek, istne „dziecię Lombroso”205.
Ten ostatni przez cały czas przy zabawie nie odzywał się, tylko przytakiwał głową na wszystko, przymrużając małe oczka i prędko przenosząc je z jednego przedmiotu na drugi. Po drodze grał sobie na organkach.
Maniek rozmawiał ze mną, opowiadając mi o sobie. Okazało się, że tylko Stasiek dwa razy siedział w więzieniu, a drudzy nie siedzieli ani dnia. Przyznał mi się, że już za Rosji chodził kraść, a jednak jeszcze nie siedział.
Opowiadałem mu o Rólu, o życiu w „Czerwoniaku”. Wojtek przerwał grę na organkach i również przysłuchiwał się z natężeniem o życiu w więzieniu. Widać, że zrobiło to na nich wrażenie, gdyż resztę drogi szliśmy już zupełnie w milczeniu. Na każdym z nas było widać smutek i przygnębienie. Stasiek prowadził nas przez pola i lasy, a potem stanęliśmy niedaleko jednej wsi, skąd dochodziło szczekanie psów.
Przystanęliśmy i Stasiek nareszcie przemówił:
— Ty — mówił do Mańka — pójdziesz ze mną po jednej stronie wsi, a Wojtek pójdzie sam po drugiej stronie.
Po czym zwrócił się do mnie:
— Jak chcesz, bym cię nazywał?