— Nachalnik mnie zwą.

— Więc dobrze, „Nachalnik”, ty tu zostaniesz, a gdy powrócimy, to cię zabierzemy.

Zaprotestowałem:

— Jak to, za kogo ty mnie masz? Z wami pójdę.

— Nie pójdziesz — stanowczo odparł Stasiek. — Ty tu zostaniesz. Bo widzisz, brachu, wiem, że ty nie jesteś tchórzem. Tylko że tu jest bardzo „ślisko”, bo z tej wsi zabrałem już trzy pary „hołoty”. Warta teraz na pewno dobrze tam pilnuje, więc nie chcę, abyś zanadto ryzykował. Pamiętaj, że dopiero dwa dni, jak wyszedłeś z „Czerwoniaka”.

Chcąc nie chcąc, zostałem, co prawda nie tyle chęć wzięcia udziału w tej robocie mnie tam pociągała, ile wolałem już iść w towarzystwie niż zostać tu sam wśród nocy w nieznanej mi zupełnie stronie.

Spacerowałem sobie tam i z powrotem, nasłuchując za najmniejszym szelestem, który mnie dochodził z lasu. Po raz drugi drgnąłem. Stanęła mi przed oczyma cała straszna przeszłość. Myślałem, nie rozumiejąc samego siebie, jak to ja, człowiek, który tyle wycierpiał w „Czerwoniaku”, mogę znów krążyć po tej drodze i staczać się tak nisko, by zostać podłym koniokradem. Zarazem czułem, że sił do walki ze sobą nie stanie mi i nie dam rady już się uporać ze złem, które coraz więcej oplata mnie wężowym uściskiem i spycha do zguby.

— Źle, bardzo źle z tobą — przemawiałem beznadziejnie sam do siebie. — „Czerwoniak” cię znów nie minie.

Różne jeszcze zjawiały się wspomnienia o ukochanej matce, która w chwilach wyrzutów sumienia zawsze występowała. Strach niewytłumaczony jakoś mnie ogarnął. Zdawało mi się, że już wieki tu stoję.

Nareszcie usłyszałem jakieś skrzypnięcie wozu. Zadrżałem i w trwodze natężyłem słuch i wzrok. Po chwili już mogłem odróżnić zbliżającą się ku mnie furmankę. Skryłem się za drzewo przydrożne.