Furmanka zaprzęgnięta w trzy rosłe konie przejechała obok mnie. Poznałem wspólników, prędko zbliżyłem się z ukrycia i usiadłem, a konie ruszyły zaraz żwawo. Dopiero, gdy dostaliśmy się na szosę, zaczęliśmy jechać i poganiać konie „po złodziejsku”. Maniek poganiał, Wojtek siedział obok z widłami w ręku, gotowy do obrony, a Stasiek spokojnie zapalał papierosa. Maniek mu na to zaraz zwrócił uwagę.
— Co ty, brachu, robisz? Może być pogoń za nami, ogień może na nas ślad naprowadzić.
Stasiek, widać niezadowolony z uwagi, palił dalej papierosa. Ja siedziałem w tyle i niespokojnie nasłuchiwałem. Każdy z nas jakoś się czuł nieswojo. Maniek znów się odezwał:
— Na jaką drogę mam skręcić i do którego pasera te konie pójdą?
Stasiek zadał mu kierunek. Maniek znów odezwał się:
— Wiesz ty co, Stachu? Z tej roboty kupię dla Zochy palto, bo jej obiecałem.
Wtem Stasiek kazał stanąć. Zszedł z wozu i przyłożył ucho do szosy i mnie kazał to samo czynić, po czym zapytał:
— Czy ty nic nie słyszysz?
— Nie — odparłem. — A co mam słyszeć?
— Jak to, nie rozumiesz, że może być pogoń? A jak głowę w nocy przyłożysz do ziemi, na kilka wiorst nawet usłyszysz.