Zaczęliśmy znów siadać na wóz. Jednakże nie zdążyliśmy ujechać od tej chwili dwustu metrów, gdy usłyszeliśmy krzyki:
— Trzymaj! Łapaj złodziei!
Momentalnie zeskoczyli do lasu.
Ja po raz pierwszy nie wiedząc, co robić ze sobą, zeskoczyłem po prawej stronie. Wszak widząc, że oni wpadli po lewej stronie do lasu, podążyłem za nimi. Wtem uderzyłem głową o drzewo i upadłem. Widziałem z bliska koło mnie pędzących na koniach chłopów. Wcale nie zatrzymali się na widok opróżnionego wozu i koni, tylko pędzili dalej, rycząc: „Trzymaj! Łapaj!” Cud, że chłopi mnie wtedy nie spostrzegli leżącego w rowie. Na pewno nie pisałbym dziś tego.
Przyszedłem po chwili do siebie, krew lała mi się z nosa i guz momentalnie wyrósł mi na czole. Podniosłem się i szedłem w las, sam nie wiedząc, dokąd idę.
Naokoło było tylko słychać nawoływania się chłopów. Wtem usłyszałem jakiś szmer i szepty. Serce zamarło ze strachu. „Chłopi” — pomyślałem. Miałem już raz przedtem sposobność być w rękach chłopskich, o czym w noweli Josek Goj206 opisuję.
Skończyło się teraz na przestrachu. Byli to wspólnicy, którzy właśnie wrócili, by mnie odnaleźć.
Stasiek znów nas prowadził przez las, a potem znów przez pole i tak po dwóch godzinach dotarliśmy do pewnej wsi, gdzie Stasiek nam objaśnił, że tu mieszka jego matka.
Po naradzie, odbytej naprędce za stodołą, stanęło na tym, że teraz udać się do Ł. jest rzeczą niemożliwą, ponieważ po drodze możemy się natknąć na żandarmów albo na pogoń, która z pewnością nie omieszka podążyć za nami. Więc postanowiono się tu „zamelinować”.
Stasiek udał się na pewne podwórko, gdzie miał przytrzymać psa uwiązanego na łańcuchu, a my podążyliśmy za nim. Potem wleźliśmy na siano, by się tam ukryć. Stasiek poszedł na zwiady jako mieszkaniec tejże wsi.