Gdy na strychu już ułożyliśmy się, pies zaczął szczekać. Mieliśmy już zamiar stąd się wynosić, jednakże pies trochę poszczekał i ucichł.

Było już dawno po północy. Do uszu naszych dochodził to odgłos kopyt końskich, to nawoływania chłopów. Widać, wpadli na nasze ślady. Zachowywaliśmy się tu bardzo cicho, by nie zdradzić naszej obecności. Myślałem sobie, że jak ujdę stąd cały, to już nigdy po konie nie pójdę, a z chłopskimi „patykami” nie chcę się po raz drugi zapoznawać. Za chwilę wszystko ucichło i we wsi zapanował znów spokój.

Przekonani, że niebezpieczeństwo minęło, ułożyliśmy się, by trochę się przespać, aż Stasiek nas obudzi podług umowy.

Przebudziłem się pierwszy, bo i tak jednym okiem spałem. Na dworze świtać już zaczęło, chciałem obudzić wspólników, którzy mimo okropnych wrażeń, jakich doznaliśmy tego wieczora i niespokojnego sumienia, spali snem sprawiedliwych. Tak przeraźliwie chrapali, że wszystkie psy we wsi zaczęły ujadać. Wtem usłyszałem, że ktoś po drabinie wchodzi do nas. „Na pewno Stasiek” — pomyślałem. Wysunąłem trochę głowę z siana. Już chciałem zawołać go po imieniu. Wtem usłyszałem, że ktoś zagarnia siano. „Gospodarz” — pomyślałem, bo ujrzeć go nie było można. Wtem poczułem, że jestem ciągnięty za nogi razem z sianem, szarpnąłem się, a chłop począł wołać przerażonym głosem:

— Kto tu! Kto tu!

Wszyscy trzej, jak jeden, prosto wpadliśmy na chłopa i zeskoczyliśmy jeden za drugim na dół.

Pies ze strachu urwał się z łańcucha i zmykał nawet przed nami. Pędziliśmy tak przez pole w stronę lasu, a strach, by się nie dostać do rąk chłopskich, dodawał nam sił. Biegliśmy kawałek lasem, zostawiając wieś poza sobą, tu odpoczęliśmy. Dopiero przekonani, że nikt nas nie ściga, po naradzie udaliśmy się już polami, żartując jeden z drugiego z powodu nieudanej naszej wyprawy. Szliśmy w kierunku Ł.

Gdy Mańka ujrzała, że zamiast spodziewanego łupu zarobiłem tylko wielkiego guza na czole, śmiała się do rozpuku. Widząc zaś, że jestem zły, pocieszała mnie, że i tak jeszcze dobrze, że chłopi mnie nie dosięgli i że wróciłem, choć z guzem.

Wieczorem przybył Stasiek. Opowiadał, że cała wieś podążyła na alarm chłopa za nami i wielkie szczęście, że nas nie chwycili.

Tak zakończyła się moja pierwsza wyprawa za żywym towarem.