Upłynął tydzień, wspólnicy przez ten czas zrobili dwie wyprawy, także po żywy towar i to z powodzeniem. Ja zaś po tym, co zaszło, nie chciałem im więcej towarzyszyć. Jednakże uważali mnie za wspólnika i dawali mi „dolę” na równi ze sobą. Ten sprawiedliwy podział i ich obchodzenie się ze mną ujęło mnie i postanowiłem nie rozłączać się z nimi i nauczyć ich za to innej, popłatniejszej kradzieży niż kradzież koni.
Za parę dobrych koni, które według ceny rynkowej kosztowały dwa tysiące i więcej rubli, paserzy płacili sześćset i mniej. Zależało to od odległości, skąd je skradziono. Im odległość, skąd pochodziły konie, była większa, tym więcej za nie płacono. Konie te szły do Niemiec.
Każdego konia, zanim został skradziony, mierzono zaraz w stajni, musiał mieć metr sześćdziesiąt pięć wzrostu i nie przekraczać pięciu lat. Paserzy byli przeważnie handlarzami koni do remontu, i to Żydzi. W każdym wagonie między końmi transportowanymi do Niemiec można było trafić i kradzione. Doszło do tego, że gdy chłopu skradziono konia, nigdzie go nie szukał, tylko po stacjach, gdzie ładowano konie do Niemiec. Było też dużo wypadków, że poznano tam swoją własność. Po całej guberni łomżyńskiej z powodu bliskości granicy niemieckiej kradziono konie bez ustanku. Nie było wsi, gdzie by jakiegoś chłopa nie okradziono. Nie pomagały ani warty, ani skargi chłopów. Niemcy patrzyli na to przez palce, wiedząc, że złodzieje kradną te konie dla „Vaterlandu”.
Za konie, od czasu gdy tu Niemcy weszli, aż do roku siedemnastego karano bardzo względnie. Kara od trzech miesięcy do roku zachęcała złodziei do tego rzemiosła. Później już, gdy w końcu roku siedemnastego władze polskie objęły sądy, karano już srogo. Śmieszna wprost kara była też powodem, że nawet kasiarze, doliniarze i inni tego rodzaju fachowcy przerzucali się na kradzież koni. Robili to tym bardziej, że za czasów okupacji nie pozostało nic innego do kradzieży, jak tylko konie, za które dobrze płacono. Jak wiadomo, handel wtedy zupełnie ustał. Więc z dnia na dzień mnożyła się liczba poszkodowanych kmiotków. Z jednej strony, Niemcy zabierali im lepsze konie, płacąc nowymi, bezwartościowymi sturublówkami, namnożonymi podczas wojny, resztę zaś „kupowali” złodzieje.
Nigdy chyba w żadnym roku nie skradziono tyle koni co w roku szesnastym i siedemnastym. Jestem tego pewny, że nawet kronika policyjna o tym fakcie nic nie wie, a to z tego powodu, że najwięcej koni kradziono na Kurpiach, bo wieść o tej kradzieży dalej nie doszła niż do posterunku Niemców. Ci oddalali chłopa, nie chcąc nawet słuchać jego skargi.
Puszczyk207 wówczas wziął kilka par łapciów, bochenek chleba do torby i na własną rękę zaczął poszukiwanie. Po większej części wracał do domu z niczym. Konie przeważnie brano w ten sposób, że zaprzęgano je do furmanki, a o ile na miejscu czego nie było, to pożyczano u jednego chłopa wóz, u drugiego zaprzęgi, a u trzeciego konie.
Znam takie wypadki, że nieraz do jednego zaprzęgu łączono kilku kmiotków, aż stanęła całość. Złodzieje wchodzili do wsi, pewni siebie, wiedząc, że chłopi nie posiadają broni, za którą karano nawet śmiercią. A po drugie byli oni bardzo gnębieni przez Niemców, więc oporu nie stawiali.
Stasiek mi opowiadał, że pewnego razu wyprowadził z pewnej wsi konia ze stajni, a chłop niespodziewanie uczepił się ogona, prosząc, by mu konia pozostawił, gdyż nie ma za co kupić innego. Zostawił mu konia pod warunkiem, że chłop ten chodził z nim i pokazywał, kto ma lepsze konie we wsi. Zabrali oni wtedy trzy pary.
Chcąc nie chcąc i ja zostałem koniokradem. Najgorzej było pierwszy raz, jak to z każdym występkiem bywa, a później już pogodziłem się z myślą, że spadłem do najniższej branży złodziejskiej i szedłem już jak po swoje. Nie będę opisywał, jak i gdzie kradłem. Wystarczy, że w streszczeniu opowiadam, w jaki sposób kradziono i gdzie oraz komu sprzedawano. Za to opowiem parę ważniejszych wypadków z mojego życia jako koniokrada.