Pewnego dnia zaraz na początku udaliśmy się ze Staśkiem do miasteczka G., położonego nad samą granicą niemiecką. Do tego miasta sprowadził nas pewien Żyd.

Stanęliśmy obydwaj w jego domu dopiero wieczorem o godzinie dziesiątej. Mieszkał przyzwoicie, jako zamożny handlarz bydła. Miał rok więzienia za jakieś „szmukle”208. On to zapoznał się ze mną w więzieniu, a teraz spotkawszy się ze mną, nadał mi robotę u pewnego „waluciarza” i zabrał nas ze sobą, by się odegrać, jak mówił, temu kupcowi, który oskarżył go i przez którego siedział w więzieniu.

Przenocowaliśmy u niego i przez cały dzień nie pokazywaliśmy się nikomu. Dopiero wieczorem wyszliśmy sobie na miasto. Pokazał on nam miejsce zamieszkania tego waluciarza, a zarazem mieliśmy tam parę koni zabrać, by zaraz stąd odjechać. Robota po wielu specjalnych zabiegach, w strachu dokonanych, doskonale się udała, po czym na parze ładnych kasztanów, zaprzęgniętych w sanie, ruszyliśmy w drogę.

Dopiero rano, o godzinie jedenastej, stanęliśmy u pewnego pasera o dziewięć mil od miejsca kradzieży. Paser obejrzał konie i uprząż, pokiwał głową i rzekł:

— Hołotę od was wezmę, ale pieniądze dam wam dopiero w niedzielę, będę w Łomży, tam wszystko zapłacę.

— Dlaczego dopiero w niedzielę? — spytałem.

— Dlatego, mój kochany, że jak mi się zdaje po całym zaprzęgu, to konie te są żydowskie.

— Więc cóż, że żydowskie? — próbowałem zapytać.

Paser spojrzał na mnie ze zgorszeniem i odparł po żydowsku:

— Ny, nie dziwiłbym się temu gojowi, gdyby się o to pytał, ale ty się o to pytasz? — to mnie bardzo dziwi.