— Nic z tego nie rozumiem — odparłem.

Paser popatrzył na mnie chwilę i niedowierzająco zagadnął:

— Jak długo jesteś hołociarzem?

— Ja wcale nim nie jestem, tylko chwilowo to robię.

— Ach, tak, to co innego, więc ci powiem: żaden porządny paser koni kradzionych u Żydów i za darmo nawet nie weźmie. Chamskie konie, to rzecz inna, daj jak najwięcej, a zawsze kupię.

Po tym objaśnieniu, pomimo naszych zapewnień, że konie pochodzą od gojów, paser nam pieniędzy nie dał. Wypito flaszkę pejsachówki i po umówieniu się, co ma nam za konie zapłacić, odstawił nas jego parobek własnymi końmi do Łomży.

W niedzielę przyszedłem do zajazdu, gdzie miałem go spotkać i bez słowa zapłacił umówioną sumę nowymi sturublówkami i kazał więcej takich koni przyprowadzać, to zawsze kupi.

Myślałem w duchu, że nareszcie złapał się paser, konie były naprawdę żydowskie. Dziwiłem się, że przez te cztery dni nie dowiedział się.

Upłynęło już ze dwa tygodnie czasu i pewnego dnia spotkał mnie na ulicy pewien paser zwany „Złoty Ząb”.

— Ach, to ty, „Nachalnik”? Ja cię już właśnie po całym mieście poszukuję. Chodź jeno ze mną.