— Dokąd? — próbowałem się dowiadywać, widząc jego rozgorączkowanie.

— Ny, chodź no ze mną prędzej do Jechona, tam się dowiesz.

Gdy stanęliśmy u tego Jechona, gdzie właśnie paserzy się zawsze zjeżdżali, od razu ujrzałem tego pasera, co kupił od nas żydowskie konie. Ten zaraz od progu skoczył na mnie.

— Ty cholernik „szejgic”209, te konie przecież były żydowskie, co teraz będzie?

— Co ma być? — spytałem ironicznie. — Ten Żyd kupi sobie drugie.

— Ty ze mną nie żartuj — pogroził mi. — Siadaj tu! Musimy pomówić.

Zauważyłem, że jeden z obecnych, których tu było kilku, a którego nie znałem, zamknął drzwi pokoju na klucz. „Dintojra” — pomyślałem.

Jeden z obecnych paserów, między którymi byli i złodzieje, zwrócił się do mnie:

— Jak ty będziesz tak dalej robił, to źle będzie z tobą. Paserowi należy mówić prawdę, skąd kradzież pochodzi, żeby wiedział, skąd i dokąd można towar sprzedać. Czyś ty wiedział, że te hołoty są żydowskie?

— Ja — odparłem — po raz pierwszy byłem w tym miasteczku i na ślepo zrobiłem tę „robotę”, skądże mogłem wiedzieć, że konie te są żydowskie, czy nieżydowskie. Konie nie przemówiły do mnie ani po żydowsku, ani po polsku, gdy im żelazne pęta zdejmowałem i wyprowadziłem ze stajni — zakończyłem szyderczo.