— Więc słuchaj, opowiem ci, co zaszło — mówił paser. — Do niedzieli trzymałem konie i nic nie słyszałem, akurat nawinął mi się kupiec i sprzedałem je do Niemiec za dwa tysiące czterysta rubli. Dopiero trzy dni temu, przed wieczorem, przychodzę do bóżnicy, patrzę, jakiś obcy Żyd stoi w kółku i opowiada Żydom, że okradziono bogatego walutnika, który też mieszka w tym domu. Przy tym jemu skradziono konie, które były całym jego majątkiem. A Żydzi mu doradzili, żeby się mnie poradził i... sumienie mnie ruszyło. Zawołałem go do rabina i pod przysięgą, że nie wyda, kto mu zapłacił za konie, bo kupiec zgłosiłby się do mnie i po biżuterię, o której nic nie wiem, więc zapłaciłem mu wartość tych koni. A moje dwa tysiące rubli diabli wzięli — zakończył ze smutkiem.

— Kto się panu kazał przyznawać samemu, gdy nikt o niczym nie wiedział?

— Jak to, ty myślisz, że przez te pieniądze będę miał na sumieniu żydowskie konie? Dotychczas, a już Bogu dzięki dwadzieścia pięć lat, jak paseruję, nie miałem tego na sumieniu, i dalej nie chcę mieć.

Obecni uśmiechnęli się z jego wywodów. Był to znany paser i bogaty handlarz koni. W miasteczku miał ze dwieście własnych domów. Miał też „za Rosji” pięć lat roty, a za co, warto tu nawet wspomnieć, od niego to słyszałem:

Miał zatarg z naczelnikiem tajnej policji rosyjskiej z powodu tego, że za małe łapówki dawał. Oni to umówili się, żeby go wyśledzić. Sam naczelnik go śledził. Był jednakże nieuchwytny. Całe bandy Cyganów dostarczały mu towar. On pchał to wszystko do Niemiec, bogacąc się coraz więcej. Pewnego razu skradziono w okolicy, u pewnego hrabiego, parę wyścigowych koni wielkiej wartości, podobno konie te zastał naczelnik u niego w stajni, gdzie zawsze stało do stu i więcej koni. Spytał go o świadectwo. Ten mówił, że dopiero jutro może je okazać, gdyż syn wyjechał, a ten miał świadectwo przy sobie. Naczelnik obłożył konie aresztem do rana. Rano ten zgłosił się ze świadectwami, gdy jednak udali się do stajni, by obejrzeć, czy opisane znaki z maścią się zgadzają, koni już nie było, a wszystkie zamki były nienaruszone. Policja musiała zapłacić mu za konie. Jednakże zaprzysięgli mu zemstę. Pół roku jeździł naczelnik po jarmarkach w różnym przebraniu, aż pewnego dnia, przebrany za Cygana, nakrył go przy odbiorze pary koni od Cyganów i zaraz go aresztował.

Więc jak z tego wynika, miał niejedne sprawki na sumieniu, a to go nie wzruszało, tylko kradzież koni żydowskiego pochodzenia uznawał za grzech.

Po dłuższej naradzie, na której zostały wchłonięte ze trzy gęsi i kilka flaszek wódki, naturalnie, że na mój koszt, stanęło na tym, że ja i Stasiek mieliśmy w ciągu tygodnia dostarczyć parę dobrych koni, za które nie mieliśmy nic dostać.

Zgodziłem się, widząc, że zadzierać tu nie warto, a gdy potem Staśkowi opowiadałem o tym, od razu też przystał, mówiąc mi, że on zaraz wiedział, iż tak będzie, bo paserzy nigdy żydowskich koni nie kupują.

Upłynęło już dwa miesiące po moim zwolnieniu, stosunki moje z „Kosą Mańką” uznałem od razu za szkodliwe dla mnie. Przez stosunki z nią poznała mnie policja, rekrutująca się przeważnie z Żydów, których musiałem opłacać często.

Pewien starszy agent Żyd B., najsławniejszy pogromca złodziei, zaczął mnie często zapraszać do siebie na obiady. Zrozumiałem, co on ma na myśli i trzymałem się ostrożnie.