Ten sam pan B. był już podobno kilka lat w Ameryce detektywem. Wystarczyło tylko spojrzeć na jego „cyferblat”212, by poznać w nim szpiega. Był wysokiego wzrostu, szeroki w barach, lat czterdzieści sześć, w binoklach. Nos zaś miał taki, że gdyby w Europie ogłoszono konkurs na największy nos, niewątpliwie on dostałby nagrodę. Chytry był jak lis, starał się dla pozoru żyć w przyjaznych stosunkach z lepszymi włamywaczami. Często byłem zapraszany przez niego do jego domu na obiad. A że się go bałem i nie chciałem go sobie zrazić, musiałem dla pozoru przyjmować zaproszenia. Wiedziałem, że on coś knuje, by mnie dostać. Wszakże to mu nie szkodziło, by brać łapówki i różne prezenty w rodzaju sztuki dobrego towaru czy ładnego zegarka itp.
Mieszkał przy ulicy Długiej, żona zaś jego była bezdzietna, więc chętnie mnie po macierzyńsku przyjęła, udzielając rady z serca, bym porzucił to życie. „Szkoda twych młodych lat” — tłumaczyła mi. Ostrzegła mnie też przed mężem, bym mu nic nie opowiadał. Jednym słowem była bardzo szanującą się kobietą, w przeciwieństwie do męża.
Pewnego razu przyszedłem do jednej znajomej dziewczyny z półświatka i ujrzałem tam parę męskich kaloszy stojących przy drzwiach. „Czyje to są?” — spytałem ją. Ta mi odpowiedziała, że pana B. „Był tu — mówiła — kilka godzin temu i zapomniał kaloszy”. Namówiłem ją, by takowe odesłała mu do jego domu. Nie namyślając się długo, zapakowała je i odniosła przez posłańca do jego domu z kartką tej treści: „Zwracam kalosze, które pan zostawił u mnie”. Żona zrobiła mu gwałtowną scenę, nigdy nie dowiedział się, że ja mu to zrobiłem. Dziewczyna tłumaczyła się, że nic złego nie myślała, tylko chciała kalosze oddać, nie wiedząc, że jest żonaty.
Skarżyła się często jego żona przede mną, wzdychając, że służąc w policji mąż się zdemoralizował i że przedtem taki nie był.
Razu pewnego starał się mnie nawet zwolnić, gdy zostałem aresztowany w podejrzeniu o kradzież. Zrozumiałem, że stara się uzyskać moje zaufanie, by mnie pociągnąć za język. Ale to mu się długi czas nie udało.
On był cwany, przechodząc praktykę amerykańską, ale i ja nie darmo przechodziłem praktykę u „Cwajnosa”. Jednakże po pewnym czasie jego chytrość przezwyciężyła moją lekkomyślność, o czym później się przekonałem.
XLVIII
Dnia pewnego cała nasza zacna czwórka postanowiła udać się na drugi dzień wieczorem na pewną wyprawę. O, na bardzo ryzykowną wyprawę! A kilka dni przedtem Stasiek uczył mnie w lesie obchodzenia się z krótką bronią. Zepsułem około stu naboi, za które płaciłem po jednej marce. Nauka trwała kilka godzin, aż Stasiek uznał, że mi można powierzyć broń, z którą po raz pierwszy w życiu miałem do czynienia.
Broń mieliśmy używać tylko dla własnej obrony, a celem wyprawy była rządowa instytucja. Tego dnia po obiedzie udaliśmy się ze Staśkiem do pewnego ślusarza, u którego zamówiłem, za wielką opłatą, narzędzia do włamania do kasy. Było to moje pierwsze podjęcie podobnej roboty na własną rękę. Będąc jeszcze u „Cwajnosa”, poduczyłem się, jak trzeba się zabierać do tego rodzaju robót, a nawet raz byłem z nim przy takim włamaniu. Grunt, mówił „Cwajnos”, żeby znać, jakiej marki ta kasa jest, a wtedy już wiadomo, czy się da zrobić zwykłym sposobem, to jest rakiem213, czy też nie. A ponieważ to pudło, co miałem robić, było starej marki, co się drze pod rakiem jak stary chałat żydowski, postanowiłem próbować szczęścia.
Nazwa firmy, która takie kasy wyrabia, musi pozostać dla mnie, nie chcę psuć jej klienteli, a kolegom po fachu interesu.