Wszystko u ślusarza było wykończone, zapłaciłem umówioną cenę i ułożyliśmy przybory w walizki skórzane. Stasiek miał to do następnego dnia wieczorem przechować w domu u swej matki, która jak wspomniałem, mieszkała niedaleko Ł.

Miejscem, gdzie zwykle zbieraliśmy się, by wyruszyć na wyprawę, była pewna kawiarenka. Stamtąd dopiero jeden po drugim, w pewnej odległości od siebie, udawaliśmy się za miasto. Tam już na czas czekał pojazd. Był to pewien furman, który był zawsze gotów na nasze zawołanie. Zapytałem więc i teraz Staśka, czy mamy się jutro zbierać tak samo w tej kawiarence.

Stasiek, znając tu lepiej wszystko niż ja, zamyślił się i odparł:

— Wiesz ty co? Mnie się zdaje, że B. nas śledzi, a tam przybyć z tą walizką jest dla mnie zbyt ryzykowne, musimy pomyśleć o innym miejscu spotkania.

— Więc powiedz, gdzie — zawołałem — żeby w odpowiedniej porze wszyscy byli na miejscu i żeby jeden na drugiego nie potrzebował czekać.

— Dobrze — odparł po dłuższym namyśle. — Maniek i Wojtek mogą o godzinie czwartej prosto wyjść za miasto, na tę drogę, gdzie mamy jechać. Ty wpierw zawiadomisz Żyda i on też zaraz tam musi wyjechać furmanką. Potem zaś przyjdziesz do mnie i razem pójdziemy.

— Gdzie mam przyjść do ciebie? — spytałem.

Stasiek, jakby się zawahał chwilę i odparł:

— Będę u swojej narzeczonej na Dwornej ulicy pod nr X. Przyjdziesz tam jutro po czwartej. Tam na ciebie będę czekać.

— Dobrze, dobrze — roześmiałem się. — Więc ty masz narzeczoną, a ja myślałem, że ty tylko u „Kosej Mańki” bywasz.