Stasiek zmarszczył się i pożegnał mnie, mówiąc, że udaje się do matki, którą, trzeba przyznać, bardzo szanował.

Wałęsałem się jeszcze godzinę po mieście, zaglądając to tu, to tam. Nie miałem akurat się gdzie udać, by spędzić czas i nie wiem sam, jak się znalazłem na ulicy Dwornej. Spojrzałem na numer domu i akuratnie stałem przy tym numerze, gdzie miała mieszkać narzeczona Staśka. Po krótkim namyśle wszedłem w bramę.

Ujrzałem tam starszego człowieka zamiatającego śnieg. „Stróż” — pomyślałem. Zbliżyłem się do niego i spytałem, gdzie tu mieszka Antoni D. Człowiek wyprostował się, spojrzał na mnie podejrzliwie i po chwili zagadnął:

— Po co panu ten człowiek?

— Chciałbym się o pewną rzecz dowiedzieć, proszę mi wskazać, gdzie on tu mieszka.

Zmierzył mnie od stóp do głowy, widać, że zrobiłem na nim dodatnie wrażenie, bo odparł:

— To ja jestem.

— Bardzo dobrze — odparłem i podałem mu rękę, on zaś, mrugając do mnie znacząco lewym okiem, wskazał, gdzie mieszka.

Przekroczyłem próg, przy kuchni stała otyła kobieta zasłonięta parą i dymem. Spojrzała na mnie jeszcze bardziej podejrzliwie niż to uczynił mąż i ocierając twarz fartuchem, zagadnęła:

— Czego pan tu szuka?