Matka z niedowierzaniem oglądała te sto rubli na wszystkie strony i rzekła, patrząc na mnie:

— Ja myślałam, że pan jest od policji i pyta o naszego Staśka, jak to można się mylić — dodała jakby sama do siebie.

Córka napisała kartkę i wręczyła matce, szepcząc coś do tego na ucho. Matka wyszła. Ona zaś znowu usiadła przy mnie. Ale tym razem jeszcze bliżej niż to poprzednio uczyniła, nasze kolana zetknęły się z sobą.

Czułem, że mdło mi się robi. Żar taki bił od niej, że pomyślałem: „Ot, rozkoszna kobieta. Taką mieć za kochankę”. Ona zaś, jakby odgadła moje myśli, starała się w ruchach być jeszcze powabniejsza.

Za jakieś piętnaście minut wszedł ojciec, podkręcając siwego wąsa. Córka prosiła go, by usiadł. Popatrzył na nią mrugając lewym okiem, jak to na podwórku do mnie czynił; teraz zrozumiałem, że znaczyło to tyle, jakby mówił: „Rozumiem dobrze, o co ci tu chodzi”. Co do mnie, od razu pomyślałem, że ta rodzina jest podobna do rodziny „Cwajnosa”.

Za chwilę powróciła Władka z naładowanym koszem. Postawiła go na stole, a sama, jakby wstydliwie, odsunęła się na stronę.

Dziewczyna ta mogła mieć lat dwanaście do trzynastu. Piękniejsza była i świeższa niż siostra. Na tej ostatniej, która też nie miała więcej niż lat dziewiętnaście, bystre oko mogło już poznać pewne awanturnicze przeżycia. Ojciec posadził matkę przy sobie i zaczęła się biesiada. Podczas biesiady dowiedziałem się, że przedmiot mojego zainteresowania nazywa się Frania. Ojciec zaś opowiadał mi, że też siedział kilka razy „za Rosji” i teraz na starość pokutuje jako stróż. Zrozumiałem, że całym chlebodawcą jest tu Stasiek. Dowiedziałem się, że on nie bardzo tu jest hojny i że wszystkie pieniądze oddaje matce. A nawet kupił dwudziestomorgowe gospodarstwo.

Siostra od czasu do czasu była wołana do stołu i ojciec podawał jej własnoręcznie niepełną szklankę wódki lub kawał salcesonu, a ta, wstydliwie rumieniąc się, wszystko przyjęła, nie chcąc w żaden sposób usiąść z nami do stołu.

Widać zapewne sama uznawała, że jest jeszcze za młoda do brania w pełni udziału w uczcie, a obserwowała tylko z boku. Praktykowała. Pijatyka miała się już ku końcowi. Frania, zauważyłem, pod wpływem alkoholu była rozmarzona. Oparła jedną rękę o moje krzesło i coś opowiadała. Ojciec i matka, już pod dobrą datą, obrzucali się nawzajem porozumiewawczymi spojrzeniami. Ja zaś przez cały czas piłem po żydowsku, znaczy to, że byłem zupełnie pod tym względem przytomny. Tylko widok Frani ciągnął mnie ku niej i upajał.

Rodzice już zabierali się do wyjścia, widać zrozumieli, że są tu zbyteczni. Nagle, jakby piorun spadł z nieba, drzwi się otworzyły, a w nich stanął Stasiek. Spojrzał po nas, jakby nieprzytomnymi oczyma i zawrócił.