Frania momentalnie zerwała się z miejsca i wybiegła za nim. Matka, pomimo że była na pół pijana, zaczęła zawodzić na głos, wołając wszystkich świętych w pomoc.
— O! On ją zabije! — powtarzała niewyraźnie, załamując ręce.
Ojciec dopijał z tego zmartwienia wszystkie resztki z butelek i rozkazał Władzi, by sprzątnęła ze stołu. Ja zaś siedziałem chwilę na miejscu, rozmyślając nad grozą położenia. Jak się tu wytłumaczyć z tego wszystkiego? Jednakże, ufając w swoją pewną wyższość nad nim, podniosłem się i wyszedłem z mieszkania.
Na podwórzu Frania trzymała go w objęciach i całując, tłumaczyła mu, że nic nie zaszło. On zaś ciągle groził, że kogoś zabije. Domyślałem się, że mówi o mnie. Zbliżyłem się do nich. Księżyc oświecał nas tak, że widziałem jego twarz pełną nienawiści.
— Co, Staśku, tak uciekłeś, gdyś mnie tu ujrzał? Ot, tak sobie tu zaszedłem, nie mając akuratnie nic innego do roboty. A ty, jak widzę, masz to za złe? — wymówiłem to pół żartem, pół serio.
Stasiek zrobił krok ku mnie. Frania uczepiła mu się za szyję.
Instynktownie zrobiłem krok w tył.
— Ty, Żydzie, pamiętaj, ja cię nauczę rozumu. Ty myślisz, że nie znam się na twojej żydowskiej kombinacji?
Groził mi pięścią.
— Ostrożnie, Staśku — rzekłem. — Możesz okropnie się mylić. Zapomniałeś, że uczyłeś mnie strzelać, a od tej chwili noszę rewolwer zawsze przy sobie.