— Co słychać, Maniek? — spytałem go po dokładnym zamknięciu drzwi.

— Co ma być słychać? — odparł wesoło — „blaty”215 przegrałem, trzeba starać się już o świeże. O której godzinie dziś jedziemy?

— Wcale już nie jedziemy — odparłem.

— Jak to, a to dlaczego?

— Dlatego, że Stasiek już nie jest moim wspólnikiem, a jeszcze co i z wami wszystkimi zrywam i odjadę dziś do Warszawy.

— Nic, brachu, cię nie rozumiem — odparł i zrobił wielkie oczy.

— Zaraz zrozumiesz wszystko, brachu — odparłem i opowiedziałem mu całe zajście u Frani.

— Źle, bardzo źle, a wszędzie, psiakrew, kobieta. Co teraz będzie? — zapytał smutno. — Myślałem — ciągnął w zadumaniu — że już teraz się dobraliśmy, chłopaki jak należy, jak jeden mąż, a tu masz tobie — zakończył roztargniony.

— Trudno, tak się stało — odparłem. — Mnie już i tak tu duszno, a do „Czerwoniaka” się dostać, by mnie Ról na nowo przywitał, nie życzę sobie. Wiesz, jak my zaczniemy między sobą zadzierać, to wszyscy tam powędrujemy. Więc ja wam ustąpię — dodałem.

— Ależ zlituj się — zbliżył się do mnie. — Ja akurat wszystko przegrałem, a Wojtek tak samo. Bez ciebie, wiesz, tej roboty nigdy nie zrobimy. A doprawdy tam można się porządnie podreperować, tak że nawet kraść więcej nie będzie nam trzeba. Teraz dzień przed pierwszym. Wszystkie „blaty” będą na miejscu. Zrób to dla mnie i Wojtka — prosił.