— Dobrze, więc ja się zgadzam — odparłem. Stanęły mi przed oczyma różnej wielkości paczki z pieniędzmi i cyfry. — Pojedziemy tam we trzech, a „dolę” damy mu i tak. Tylko statki są u niego, trzeba, abyś je odebrał.
— Nie, tak nam to nie pójdzie bez Staśka. Wiesz sam, że takiego chłopaka do roboty, jak on, trudno znaleźć. Ja was pogodzę, to będzie najlepiej — dodał już weselej.
— Mnie on już nie bardzo potrzebny — dodałem. — Nie zapominaj, że tym razem nie udajemy się po „hołotę”, a przy tej robocie on prawie nic nie rozumie — dodałem ironicznie, czując się nad nimi wyższym pod względem techniki złodziejskiej.
— Tak, to prawda — odparł. — Ale diabeł czasem nie śpi, kto wie, czasami po cichu może nam się nie udać, a trzeba będzie robotę zrobić na „stój”, a wiesz przecież, że do tego Stasiek jest specjalistą.
„Ma on rację — pomyślałem — tę robotę trzeba zrobić na razie jeszcze z nim, a potem stąd umykać. B. jakoś tajemniczo uśmiecha się do mnie, gdy mnie widzi, a to niedobry znak”.
— Słuchaj, co ci teraz powiem. Przede wszystkim powiedz mi, brachu, czy już jadłeś obiad, bo pewno przegrałeś i obiad? Przyznaj się.
— Tak, nie tylko obiad przegrałem, ale i śniadania jeszcze dziś nie jadłem — uśmiechnął się szczerze.
— Więc nie traćmy czasu — odparłem — i chodź ze mną na obiad do Czech... Tam porozumiemy się i muszę pomyśleć nad tym. Wiesz, że tam są dobre obiady i doskonale to działa na uspokojenie. Kelner mnie tam zna, a głodny nie wyjdziesz stamtąd. Pokażesz mu palce, a on już wie, to jest mój znak, wiele „frajerskich obiadów” ma dla mnie razem złączyć. Co do mnie — dodałem — pokażę mu trzy palce. A ty zaś, brachu, wiele?
– Powiedz mi — odparł, śmiejąc się — co tam ten twój kelner podaje, gdy wskażę mu jeden palec? Wtedy będę wiedział, wiele palców mam mu pokazać, bo jestem tak głodny, jak gdybym wyszedł dziś z twojego „Czerwoniaka”.
— Palec jeden oznacza jedną porcję obiadu. Więc kotlet, szklanka rosołu, trochę jarzynki, trzy kartofelki i kufel piwa, wiesz, po „frajersku”.