— W takim razie — odparł — muszę wskazać mu całą rękę, myślę, że to mi wystarczy — dodał wesoło.

Za chwilę wyszliśmy razem, by się tam udać na obiad.

Po obiedzie, wychodząc z restauracji, spotkaliśmy się oko w oko z Wojtkiem. Ten, o niczym nie wiedząc, już był gotowy do drogi i nas poszukiwał.

Po przywitaniu się powiedziałem mu, co zaszło. Po raz pierwszy ujrzałem go rozmownego. Zaczął mnie prosić, tłumaczyć, że on bierze wszystko na siebie, pójdzie po Staśka, przyprowadzi go i że musi nas pogodzić. Po chwili namysłu przystałem na to, a Wojtek po umówieniu się z nami, gdzie mamy się spotkać, udał się do Staśka. Wojtek doskonale znał Franię, będąc przyjacielem Staśka i wiedział, że go tam spotka.

Przed wieczorem, około piątej godziny, wraz z Mańkiem udaliśmy się za miasto, a za nami w pewnej odległości podążyli Stasiek i Wojtek. Ten ostatni dźwigał walizkę ze statkami. Za chwilę nadjechał nasz pojazd. Usadowiliśmy się na furmankę, a ta, zaprzągnięta w parę dobrych koni, ruszyła galopem.

Po drodze cały czas trwała przykra cisza. Żaden z nas nie odzywał się ani słowem. Tylko furman, starszy już wiekiem Żyd, podśpiewywał sobie pod nosem stary, popularny „Majufes”216.

Myślałem sobie, kto wie, czy Stasiek się nie nosi ze złym zamiarem zemsty na mnie i postanowiłem mieć się tu na baczności.

Na miejscu występku stanęliśmy około godziny dwunastej. Stanęliśmy w lesie pod szopą na pół rozwalonej smolarni, żywej duszy tam nie było. Tam ustawiono konie i dano im obroku. Po wypiciu dwóch butelek wódki, by się rozgrzać, i zjedzeniu zakąski, której Stasiek odmówił, udaliśmy się do „roboty” oddalonej stąd o jedną wiorstę.

Była widna, gwiaździsta noc. Ubrani byliśmy lekko, ale ciepło, uszliśmy może ze dwadzieścia kroków, a Maniek, który szedł ze mną na przedzie, szarpnął mnie nagle za rękaw, abym przystanął.

— Niech oni idą na przedzie — mówił do mnie z jakimś drżeniem w głosie. Przystanąłem.