Stasiek i Wojtek zbliżyli się ku nam i również przystanęli. Chwilę tak patrzyliśmy na siebie. Wtem Maniek prędkim ruchem wydobył rewolwer i krzyknął do Staśka:
— Ręce do góry i ani słowa, bo kulę w łeb.
Ja, widząc to, tak samo skierowałem lufę rewolweru w tym kierunku. Stasiek po chwili wahania podniósł ręce do góry, z szyderczym uśmiechem na ustach. Wojtek sięgnął zaś ręką do kieszeni futerka i wyciągnął mu rewolwer.
— Teraz, koleżko, jesteś wolny — odezwali się obaj ze śmiechem. Stasiek stał chwilę i ze złości zaczął mi grozić, że musi mnie zabić, jak nie dziś, to jutro na pewno. Wywiązała się między nami kłótnia. Dopiero teraz dowiedziałem się, że Stasiek miał mnie zabić w lesie, do czego też namawiał Wojtka. Ten bez mojej wiedzy umówił się z Mańkiem, by go rozbroić. Słysząc, co mi tu groziło, zawróciłem zaraz do furmanki.
— Ja już nie idę z wami na tę robotę — objaśniłem głosem stanowczym.
Żyd, słysząc nasz spór, zbliżył się ku nam.
— Co się tu stało? — spytał przelękniony, widząc stojących nas przed sobą, uzbrojonych.
Maniek opowiadał mu, o co chodzi i że przez dziewczynę chcemy się pozabijać.
Żyd, weteran zbrodni, wybuchnął szyderczym śmiechem.
— Ładni z was złodzieje i bandyci, idą ryzykować życie i o spódniczkę im chodzi — wypluł z dziesięć razy z pogardą w naszą stronę. — Kto chce, niech siada. Nie chcę z wami mieć od dziś nic wspólnego, dosyć „za Rosji” się nasiedziałem, a już na stare lata nie chcę gnić w „Czerwoniaku” — zakończył i podążył w stronę furmanki.