Zdrowie i krew, których ubywa podczas „roboty” i śmiertelny lęk, który złodziej przechodzi, nie dadzą się przywrócić za żadne pieniądze. Ludzie zaś mają bardzo mylny sąd o tym, że złodzieje działają śmiało i bez obawy. To jest nieprawda.
Przy każdej robocie cierpią oni okropne męki. Dziewięćdziesiąt procent recydywistów twierdzi stanowczo, że idą wtedy kraść, gdy są już goli, a grosz zarobiony uczciwie więcej u nich znaczy niż złoty kradziony.
Ten zaś idzie z lekkim sercem i śmiało do „roboty”, co jeszcze nie siedział w więzieniu, nie myśli o karze dlatego, że jej nie zna. W naszym świecie jest nawet o tym przysłowie. O ile ktoś zbyt śmiało postępuje przy robocie, mówią: „Ten ma frajerską parę”. Znaczy to, że jeszcze się nie oparzył i nie zna skutków, jakie za sobą pociągnąć może.
Każdy recydywista jest ostrożny, bardzo ostrożny i idzie kraść jedynie dlatego właśnie, że jest recydywistą. Kto bowiem pracę takiemu da? A jeść codziennie musi i „recydywista”, jak każdy najporządniejszy człowiek pod słońcem. Nawet twierdzę, że każdy recydywista czuje wstręt do swego rzemiosła, jedynie warunki życiowe zmuszają go do dalszej kradzieży. Nie ma on bowiem już nic do stracenia. Są i zwyrodnialcy, ale bardzo ich mało.
*
Belki szukałem również po różnych „domkach” i dopytywałem się o nią w wielu miejscach. A nawet z Lizą starałem się nawiązać znów przyjaźń, by się coś dowiedzieć od niej. Jednakże wszystko było daremne, wszelkie po niej ślady w szpitalu po trzech miesiącach zaginęły. Do dziś dnia nic o jej losach powiedzieć nie mogę. Może też być, że padła ofiarą sutenerów, którym nie chciała ulegać, albo też umarła w rynsztoku, niepoznana przez nikogo.
Po upływie dwóch tygodni wróciłem do Ł. Coś do Frani mnie tam ciągnęło i nie dawało mi spokoju. W ten sam dzień jeszcze, wieczorem, udałem się do Frani. Pochodziłem tam wpierw pod oknami, by przekonać się, czy nie ma Staśka, przed którym przyznać muszę, stchórzyłem, potem wszedłem do mieszkania.
— Boże! Pan jest tu?! — krzyknęła jej matka, gdy stanąłem na progu, po czym prosiła mnie dalej. Ojciec jej przywitał mnie serdecznie, jak zazwyczaj mrugając do mnie lewym okiem. Rozejrzałem się ciekawie po mieszkaniu, a potem spojrzałem na drzwi pokoju Frani, matka jej podchwyciła moje spojrzenie, zakłopotana z pobożnym westchnieniem rzekła:
— Frania zaraz tu przyjdzie, wyszła biedna niedawno trochę na świeże powietrze — i znów westchnęła.
Zrozumiałem, że w czasie mojej nieobecności zaszło tu coś nadzwyczajnego. Jednakże nie śmiałem o to spytać. Przez głowę przemknęła mi myśl, że może Stasiek ją zamordował i nie chcą mi tego powiedzieć. Widząc przygnębienie i przykrość, którą, jak mi się zdawało, spowodowałem swoim przybyciem, zapytałem: