— Co tu zaszło, że pani taka smutna?
Kobieta spojrzała pytająco na męża, który kończył wieczerzę, obgryzając zawzięcie wielką kość, a ten, zauważyłem, mrugnął do niej lewym okiem. Po chwili odparła:
— Boże, jak go bili...
Tu nie wytrzymałem i spytałem porywczo:
– Kogo i gdzie? Proszę mi wyraźnie mówić, o kim pani to mówi, nic nie rozumiem.
— Jak widzę, to pan o niczym nie wie. O kim miałabym mówić, jak nie o naszym Staśku. Biedy Staśku! — dodała z westchnieniem i ciągnęła dalej: — Będzie temu już trzeci dzień, jak on nieborak siedzi w „Czerwoniaku” razem ze wspólnikami. Przy aresztowaniu tak Staśka zbili, że ledwo żyje biedak — dokończyła, załamując ręce.
Począłem wypytywać o szczegóły, myśląc, że siedzą za tę wspólną naszą robotę. Cieszyłem się przy tym w duchu, że nikt mi teraz nie przeszkodzi w moim zamiarze względem Frani, a z jej strony, odczuwałem, łatwo mi to pójdzie.
Do tej pory zawierałem stosunki z kobietami w sposób łatwy, a rozstawałem się z nimi po krótkim czasie w sposób jeszcze łatwiejszy. Więc byłem teraz niemal pewny wygranej. Gdy zaś dowiedziałem się, że Stasiek został schwytany na gorącym uczynku w pewnej firmie manufaktury i do tego za opór wobec policji, nie dał się bowiem aresztować, pomyślałem: pięć wiosenek murowane. Byłem niemal zadowolony, chcąc przerwać panujący tu smutek, przywołałem zaraz siostrę Frani, która obserwowała mnie z boku i posłałem po obfite trunki i zakąski, prosząc ją zarazem, by odszukała siostrę.
Za jakieś pół godziny obie wróciły, Frania przywitała mnie jak starego przyjaciela, wydawała mi się ładniejsza niż wtedy. Szelmowskie oczy świeciły zdrowym, wesołym blaskiem, a policzki rumiane od mrozu wabiły mnie do pocałunku. Pociągnęła mnie też zaraz za sobą do swojego pokoiku.
— Kiedy pan przyjechał? — rzuciła pytanie, grożąc mi paluszkiem. — Żyd zawsze jest tchórzem i pan stchórzył przed Staśkiem — dodała po żydowsku. Nie zważając na moje zaprzeczenie, ciągnęła dalej: