— Pan już na pewno wszystko wie, co tu zaszło, nareszcie jestem panną na wydaniu — zakończyła wesoło, a nawet za wesoło.

Mierzyłem ją chwilę badawczo, bo uraził mnie jej lekko traktujący ton i zapytałem:

— Czy pani odwiedza choć Staśka?

— Co, ja? — zapytała. — Jego matka go odwiedza, cóż on mnie teraz obchodzi? Ja lubię chłopców, gdy są przy mnie — dodała kapryśnie. — Zresztą po tym zajściu z panem już go nie kochałam, zaczęłam z nim zrywać, zanudził mnie na śmierć swoją zazdrością, jestem zadowolona, że mnie policja uwolniła od jego osoby — zakończyła. — Czy pan też jest zazdrosny? — zwróciła się do mnie kokieteryjnie po chwili milczenia.

— Ja, ja sam tego nie wiem — odparłem. — Ale gdybym miał taką kobietę jak pani, nie ręczę za siebie.

Zakrzątnęła się przy tym do przyszykowania przyniesionej wypitki, a siostra jej pomagała. Potem wzięła dwie butelki napojów, zakąskę i kazała siostrze podać ojcu i matce w kuchni. Ja widząc to, zaprotestowałem i prosiłem, by razem z nami wypili, na co po krótkim wahaniu się zgodziła. Zaczęła się biesiada.

Dziwiło mnie to, że przy rodzicach nie krępowała się zupełnie i rzucała mi coraz więcej dwuznacznych półsłówek. Nareszcie ojciec i matka zrozumieli, że są tu już zbyteczni, zawołali też młodszą córkę i wynieśli się. Ojciec podał mi rękę i wychodząc, mrugnął do mnie, pokazując na córkę. Frania teraz, rozmarzona i podniecona alkoholem, usiadła mi na kolanach.

— Co, ciężka jestem, to zejdę?

— Nie, chciałbym całe życie ten ciężar nosić, aż do grobu — odparłem ośmielony.

Wybuchnęła śmiechem.