— Wy, wszyscy mężczyźni tak zawsze mówicie na początku, a później stajecie się wprost nieznośni. O, ja was znam dobrze — dodała, grożąc mi pięścią pod samym nosem.
— Pani mnie jeszcze nie zna — zaprzeczyłem gorąco. — Nigdy nie opuściłbym pani... — Tu próbowałem przycisnąć ją do siebie.
Momentalnie zerwała się i wyprostowała.
— Jak widzę, pan sobie za dużo pozwala, pan już mnie liczy za zdobytą? O, nie tak prędko się Franię zdobywa — dodała dumnie. — Na moje zawołanie, jakbym tylko zagwizdała, to będą za mną chłopcy latali jak psy. Pan sobie myśli, że za kieliszek Frania się już oddaje? O nie, mój panie, gdy pan tak myśli, to pan się okropnie myli — zakończyła nieomal ze złością.
— Proszę o mnie tak źle nie sądzić, ja o tym wcale nie myślałem, niech pani mi wybaczy, ale pokochałem panią od pierwszego spojrzenia. Wyjechałem stąd nie dlatego, że obawiałem się Staśka, tylko że jako wspólnikowi nie chciałem i nie mogłem tej przykrości robić. Jednakże po oddaleniu się od pani przekonałem się, że żyć bez niej nie mogę i przyjechałem, by ujrzeć panią i starać się o jej względy.
Gdy zaś skończyłem swoje wyznanie, ze wzruszeniem jednym tchnieniem wypowiedziane, ona patrzyła na mnie chwilę i wybuchnęła niepohamowanym śmiechem, siadając mi znów na kolanach.
— Tylko ręce proszę trzymać na razie przy sobie — rzekła, śmiejąc się jeszcze.
Myślałem, do czego ona właściwie dąży, ta kapryśna dziewczyna, kroplisty pot wystąpił mi na czoło, żar od niej bił jak z rozgrzanego pieca. Były momenty, że chciałem ją gwałtem rzucić na podłogę i zmusić do uległości, ale świadomość, że za drzwiami są rodzice, powstrzymała mnie od tego szalonego zamiaru i postanowiłem opanować namiętność i czekać końca. Wiedziałem, że ona się tylko drażni, a myśli i dąży do tego, co i ja.
— Frania, najdroższa — począłem błagać — zlituj się nade mną, zejdź mi z kolan lub pozwól się ucałować!
— Dobrze — odparła — pozwolę się pocałować aż dwa razy, gdy staniesz na stole i trzy razy krzykniesz, że jesteś we mnie zakochany i że się przechrzcisz, zgoda?