Jednym susem wskoczyłem na stół i wołałem jej słowa tak długo, aż sama uznała, że już dosyć i kazała mi znów usiąść. Sama usiadła na moje kolana i rzekła:
— Teraz pocałuj mnie, byś miał dowód, że dotrzymuję zawsze słowa.
Wykonałem polecenie, w głowie zawirowało mi, a wypite trunki zaczęły działać we mnie wspólnie ze zmysłami i nie patrząc już na nic, objąłem ją wpół.
Zręcznym ruchem uwolniła się.
— Jak nie będzie pan spokojny, to wyproszę za drzwi — groziła — i słuchaj pan, co dalej powiem: — Kochasz mnie pan?
— O, tak! Bardzo panią kocham — odparłem prawie że nieprzytomny, robiąc ruch, jakbym chciał ją uchwycić.
— Więc dobrze — odparła — oddaj mi pan portfel na dowód, że mówisz prawdę.
Oprzytomniałem od razu.
— Aha! Teraz widzę, że pan kłamie — rzekła, śmiejąc się, skoro spostrzegła moje wahanie. — Dobranoc — dodała — może mnie pan pożegnać.
Pokazała przy tym w kierunku drzwi.